<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-5934724136550603084</id><updated>2012-02-16T19:31:27.877+01:00</updated><title type='text'>My tales and poems</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Raven_Uchiha</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05446459197591522178</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_Do6SjbdX36Y/TFheFyXak2I/AAAAAAAAAB4/e5SWC45gL5Q/S220/Raven+Uchiha+(huh).bmp'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>9</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5934724136550603084.post-2682113946164375023</id><published>2011-09-19T20:33:00.000+02:00</published><updated>2011-09-19T20:33:29.488+02:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>&lt;center&gt;W mym umyśle &lt;br /&gt;To co nigdy się nie wydarzy&lt;br /&gt;Głębia czerni i światło barw&lt;br /&gt;jednocześnie&lt;br /&gt;Czuję czerń widzę barwy&lt;br /&gt;Czuję barwy widzę czerń&lt;br /&gt;A do końca jeszcze daleko&lt;br /&gt;Ja nie pragnę &lt;br /&gt;Wiele&lt;br /&gt;Jest obrazów&lt;br /&gt;Które nigdy się nie ziszczą&lt;/center&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5934724136550603084-2682113946164375023?l=my-tales-and-poems.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/feeds/2682113946164375023/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2011/09/w-mym-umysle-to-co-nigdy-sie-nie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/2682113946164375023'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/2682113946164375023'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2011/09/w-mym-umysle-to-co-nigdy-sie-nie.html' title=''/><author><name>Raven_Uchiha</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05446459197591522178</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_Do6SjbdX36Y/TFheFyXak2I/AAAAAAAAAB4/e5SWC45gL5Q/S220/Raven+Uchiha+(huh).bmp'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5934724136550603084.post-191191686650584631</id><published>2011-01-23T21:01:00.004+01:00</published><updated>2011-01-25T22:04:01.377+01:00</updated><title type='text'>Posiadłość Morghan</title><content type='html'>Wokół dostrzec jedynie można było ciemność... Mrok, który ogarniał wszystko w polu widzenia i nie dopuszczał do oczu nawet nikłego blasku jakiegokolwiek światła. Ile to jeszcze mogło trwać? Stanie w tej ciemności, samotnie, bez nikogo, ale obserwowana przez czyjeś niewidoczne oczy...&lt;br /&gt;Nagłym, gwałtownym ruchem do pozycji siedzącej zerwała się, uprzednio leżąca i śpiąca jasnowłosa dziewczyna o prawie nieskazitelnej cerze, którą zakłócały teraz jednie ciemne sińce pod oczyma, po których można było wywnioskować, iż nie sypiała, bądź naprawdę źle spała. Dziewczyna rozejrzała się po ciemnym pomieszczeniu swymi niesamowicie niebieskimi oczyma, będąc trochę zdezorientowaną po wybudzeniu się ze snu. Trzęsła się delikatnie, czując jak po plecach i skroni spływa jej zimny pot, ale to nie przez to było jej tak okropnie zimno. W jej pokoju panował teraz przejmujący aż do szpiku kości chłód. Zeszła z łóżka i stanęła wyprostowana, ubrana jedynie w koszulę nocną, po wykonaniu tejże czynności, skierowała swój wzrok w stronę okna – było szczelnie zamknięte, a zasłony trwały w bezruchu, nieporuszane przez jakikolwiek podmuch wiatru. Dziewczyna zastanowiła się skąd mogło brać się to zimno. Narzuciła na siebie szlafrok i zaczęła iść w kierunku drzwi, jakby nie zauważając cienia tańczącego w jednym z kątów pokoju. Drżącą dłonią nacisnęła klamkę i pchnęła drewniane drzwi, które otworzyły się z cichym skrzypieniem. Zerknęła na swoje blade, drżące i smukłe dłonie... Doprawdy przebywanie samej w tym domu mocno i źle oddziaływało na jej psychikę. Czyżby było tak, jak powiedział jej przyjaciel z dawnej miejscowości, w której mieszkała, czy miała lęki? Urojenia? Była chora? Już nie potrafiła sama tego odróżnić, ale coś wewnątrz kazało jej myśleć przeciwnie, bo to wszystko, co teraz z nią się dzieje, zaczęło się wtedy, gdy otrzymała w testamencie dom swojej prawdziwej matki i wprowadziła się do niego razem ze swoim chłopakiem, a przyszłym mężem (Planowali już ślub). Bała się niemiłosiernie, kiedy szła w półmroku korytarza. Kilka lamp u sufitu nie działało, a nie zdążyli ich jeszcze z Peterem – bo tak miał na imię jej ukochany – wymienić na nowe. Stąpała powoli po podłodze, a deski skrzypiały co jakiś czas pod jej bosymi stopami. „Właśnie!” pomyślała, dopiero sobie przypominając, że nie było w łóżku jej chłopaka. Gdzie mógł pójść o tak późnej porze, że aż wczesnej?&lt;br /&gt;- Peter! Gdzie jesteś? - zawołała z początku cicho, ale po kilku sekundach zdołała podnieść głos i zakrzyknąć na cały dom. Nikt się nie odezwał, więc zaniepokoiła się wielce, gdyby był, powinien ją usłyszeć... I w tejże chwili znowu zaczęły się jej lęki, a jeśli On coś zrobił jej chłopakowi? Dziewczyna zbiegła migiem po schodach na dół, nie starając się już o zachowanie ciszy.&lt;br /&gt;- Peter! Peter! Jesteś tam? - krzyknęła, lądując po skoku na samym dole tego olbrzymiego domu. Wbiegła najpierw do kuchni, gdzie zapaliła szybko światło. Jedynie w tej części budynku czuła się w miarę bezpiecznie. Teraz, to znaczy po zapaleniu światła, było zupełnie inaczej, cieplej i przyjemniej, a wnętrze pomieszczenia dawało dziewczynie uczucie bezpieczeństwa. Rozejrzała się, a potem podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz, chcąc zobaczyć, czy nikogo tam nie ma. I nie było. Odwróciła się plecami do okna i chciała już iść w stronę drzwi, aby przeszukać dom, ale znieruchomiała, wlepiając wzrok w blat prostokątnego stołu... Na jego środku leżał świeży kwiat, a był to purpurowy japoński irys. Jasnowłosa była jak najbardziej pewna, że wcześniej go tam nie było.&lt;br /&gt;-Peter! Nie żartuj sobie! To niej jest śmieszne! - krzyknęła i szybkim krokiem poszła w stronę drzwi, choć jej głos był trochę przestraszony, to szła pewnie, chcąc odnaleźć swojego chłopaka. Gdy była już poza kuchnią, znów oplótł ją ten straszliwie zimny chłód. Opatuliła się mocniej szlafrokiem i zaczęła zaglądać kolejno do każdego pomieszczenia. Niestety, nikogo nie zdołała znaleźć, a już na pewno Petera. Po przeszukaniu wszystkich pomieszczeń na dole, była mocno wystraszona. No prawie wszystkich... Popatrzyła się w stronę drzwi, po których otwarciu dostrzec można było zawsze te same strome schody, prowadzące do piwnicy. Zadrżała na samą myśl o tym miejscu. Zawsze, kiedy tam wchodziła, ogarniał ją niewyobrażalny lęk i słyszała dziwne, ciche głosy. Peter nigdy ich nie słyszał, dlatego zawsze mówił, że jej przyjaciel z dawnej miejscowości ma rację z tymi urojeniami. Blondynka wzięła głęboki wdech i niepewnym krokiem ruszyła ku masywnym drzwiom od piwnicy, które następnie otworzyła, by potem zacząć schodzić po schodach na sam dół. &lt;br /&gt;-Peter? Peter..? Jesteś tam? - zawołała z wyraźnie zlęknionym głosem. Dopiero po chwili jej oczy przyzwyczaiły się do mroku, ale nadal z trudem widziała co jest dalej, bo i tutaj światło było bardzo nikłe, podobnie jak na korytarzu. Przez moment przytrzymała się ściany, kiedy zawiał mocniejszy wiatr... Ale zaraz, skąd ten powiew w piwnicy? Przecież nie było tu żadnych okien, a co za tym idzie – nie powinno być tutaj żadnego przeciągu. Zatrzymała się dopiero na samym dole, widząc jedynie zarysy ścian, wyglądających na bardzo stare, niemalże kilkuwiekowe i najprawdopodobniej tyle sobie właśnie liczyły. Duże, masywne, ciężkie, wyglądające na rodem wyciągnięte ze średniowiecza. W pewnym momencie usłyszała tylko niezbyt głośne pyknięcie, które jednak odbiwszy się od grubych ścian niemalże pustej piwnicy, z wyrazistością dotarły do jej uszu, w tej samej chwili już nawet to nikłe światło znikło, a ona pozostała w całkowitej ciemności. Jęknęła cicho w lekkim przerażeniu, domyśliła się, że musiały pójść korki. Nie miała jednak zamiaru porzucać swego zadania, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że ze strachu może już się go nie podjąć.&lt;br /&gt;„Peter..? Kochanie?” chciała znów zawołać, ale głos ugrzązł w jej gardle, kiedy nadepnęła na coś mokrego, po kredowego odcieniu skórze przeszedł ją niemiły dreszcz. Przełknęła głośno ślinę, razem z uwięzionymi słowami i ruszyła dalej w panice. &lt;br /&gt;-Pet... - nie dokończyła. Potknęła się o coś i runęła jak długa na zimną, twardą powierzchnię podłogi piwnicy. Dziewczyna mruknęła coś do siebie pod nosem i lekko uniosła się na rękach, chcąc zobaczyć cóż to mógł być za przedmiot. Nie mogła jednak dostrzec owego tajemniczego przedmiotu, było zbyt ciemno. Podniosła się do końca i przykucnęła, zaczynając na oślep obmacywać ziemię drżącymi dłońmi, aż natknęła się na coś zimnego i sztywnego, przejechała po owej rzeczy palcami i omal nie krzyknęła w przerażeniu, w porę zakryła sobie usta dłonią. To była ręka, zbliżyła się trochę bardziej i po omacku przesunęła dłoń, w poszukiwaniu głowy tak, jakby chciała upewnić się, kto to, chociaż zdecydowanie wolała nie wiedzieć, gdyż już domyślała się, że będzie to jej chłopak. I już jej spłynęły łzy po bladych jak śnieg policzkach, kiedy dotknęła czoła leżącego człowieka, czuła na palcach już zimną, lepką ciecz, była to zapewne schnąca krew. Skuliła się na kilka sekund, jak małe przerażone dziecko, a potem biegiem pobiegła w kierunku drzwi, tam skąd przyszła, choć pewna nie mogła być, czy dobrze biegnie w panującym naokoło całkowitym mroku. Dotarła do schodów, czego dowiedziała się, gdy wywaliła się o pierwsze stopnie i przewróciła, uderzając w ich kant głową. Zawirowało jej tedy w głowie, czuła gorącą krew, sączącą się z okolicy jej głowy, aczkolwiek wydawało się, iż nie zwraca na to uwagi, w myślach dziewczyny pulsowały tylko i wyłącznie myśli o wydostaniu się. Momentalnie podniosła się i zaczęła wspinać się po schodach do góry. Nie chciała zostawać tutaj ani sekundy dłużej, panika już zbyt mocno zagnieździła się w każdej komórce jej ciała. &lt;br /&gt;Dobrnęła do ciężkich drewnianych drzwi piwnicy i już chciała przez nie przebiec, ale w tym samym momencie zatrzasnęły się one przed nią, poczuła jakby coś ją popchnęło na dół, na szczęście w ostatniej chwili złapała się krawędzi wystającej cegły i uchroniła się tym samym przed prawdopodobnie śmiertelnym upadkiem. Stanęła tak na szczycie schodów jak zamrożona, wpatrując się w ciemność na dole niewidzącym wzrokiem. „Co to było?” myślała, bo przecież wyraźnie czuła, ze coś ją popycha. Nie mogło jej się to zdawać, umysł nie mógł jej tak okrutnie oszukać. Jasnowłosa zagryzła wargę w zdenerwowaniu i spróbowała otworzyć zatrzaśnięte drzwi... Niestety, jej działania na nic się zdały. Poczęła więc uderzać zaciśniętymi w pięści dłońmi o powierzchnię wejścia. &lt;br /&gt;-Pomocy! - krzyknęła, chociaż i tak dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że nikt nie usłyszy jej nawoływań, nawet jeśli miałaby sobie przez to zedrzeć gardło. Dosłyszeć można było w mroku jej ciche pochlipywanie. Co miała teraz zrobić? Usiadła w niewiedzy na jednym ze stopni schodów i zamyśliła się, próbując jednocześnie przywrócić siebie do spokoju. Zadrżała przez kolejny chłodny powiew, którzy przedarł się aż pod jej szlafrok, dostała gęsiej skórki i przymknęła oczy, ale natychmiastowo je otworzyła, kiedy usłyszała jakieś kroki. Tylko skąd one dochodziły... Z wnętrza domu, czy z piwnicy. Przyszła do głowy myśl, że może Peter był tylko nieprzytomny i teraz obdarzona niewiadomego pochodzenia siłą, dźwignęła się na nogi i zaczęła zbiegać po stromych schodach.&lt;br /&gt;-Peter? - zawołała, ale nikt nie odpowiadał. I wtedy znów poczuła ten dziwny dotyk, ale teraz pchał ją delikatnie przed siebie i jakby chronił? Czuła to, ale przerażona poddała się temu . Nie miała bladego pojęcia co tu się dzieje. Czy jej lęki już przybrały tak na sile? A może naprawdę ten stary dom zamieszkiwał jakiś duch? Jednak... Z drugiej strony musiał mieć rozdwojenie jaźni, skoro najpierw próbował ją zepchnąć, a teraz pilnować. Głowa jej pękała od bólu i myśli. Stanęła przed ciałem chłopaka, nadal leżał na swoim miejscu. Z trudem powstrzymywała napływające łzy. Musiała się uspokoić... Co robić dalej? W tym celu dobrym posunięciem było oddalenie się od zwłok, tak też uczyniła.&lt;br /&gt;Usiadła w jednym z rogów piwnicy, chowając się za jakimiś skrzynkami, tam skuliła się, obejmując nogi rękoma i chowając głowę. Zaczęła brać głębsze oddechy, próbując się uspokoić. Niezbyt jej to szło, ale widać było drobne efekty. Minęło jakieś pięć minut i znów poczuła to przejmujące do szpiku kości zimno, tym razem poczuła coś jeszcze, a był to delikatny dotyk czyjejś dłoni na jej ramieniu. Doprawdy, chyba naprawdę zwariowała. Gwałtownie podniosła się na nogi, rozglądając dookoła nerwowo swymi niebieskimi oczyma.&lt;br /&gt;-Kto tu jest?! - wydusiła z siebie, ledwie oddychając przez napięcie. Przycisnęła się plecami do ściany, nie chcąc zostać zaskoczoną od tyłu. Rozglądała się nadal dookoła, próbując coś wypatrzyć, jednakże nic nie widziała. &lt;br /&gt;-Irisviel... - usłyszała cichy, odbijający się od ścian głos, który jednocześnie brzmiał tak, jakby dochodził z oddali. Przywarła mocniej do ściany, a po plecach przeszły jej dreszcze, kiedy to usłyszała. Tajemniczy głos powtórzył po chwili to samo, teraz jasnowłosa lepiej się w niego wsłuchała, stwierdzając po tym w myślach, że to głos jakiejś kobiety. Ale skąd mogła się tu wziąć? Z drugiej strony... Mógł być to duch. Nie mogła się skupić. Wtedy słowo zostało powtórzone jeszcze raz, dziewczynie zdawało się, iż musi być do czyjeś imię. Więcej niż trzy razy, dźwięk się nie powtórzył i nastała przerażająca cisza, oczekująca burzy. &lt;br /&gt;Jasnowłosa nagle złapała się rękoma za głowę, w której zaczął pulsować dziwny ból, jednocześnie widziała przed oczyma jakieś dziwne, niewyraźne obrazy, chociaż oczy miała zamknięte... To działo się w jej umyśle. Upadła na kolana i skuliła się na podłodze, w dalszym ciągu trzymając za głowę.&lt;br /&gt;-Przestań! - wydała z siebie zduszony krzyk, chcąc przerwać ukazujące się jej obrazy. A co widziała? &lt;br /&gt;&lt;i&gt;Nieznajoma jej dziewczyna wpadająca do piwnicy, albo raczej popchnięta przez jakąś mocarną rękę. Potem krew. Twarz owej dziewczyny wykrzywiona w grymasie cierpienia. Ciemność. Potem znowu mężczyzna i kobieta, tym razem było jaśniej. Splecione ręce, mimo iż ten obraz trwał zaledwie ułamek sekundy, dostrzegła, że obie ręce były kobiece. Mrok, zapłakane oczy, światło na górze schodów. Zespolone usta. Potem znowu ciemność...&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;Czuła mocny, pulsujący ból. &lt;br /&gt;&lt;i&gt;Leżąca na ziemi postać, zastygła w całkowitym bezruchu. Ponownie ukazał się mężczyzna, zaniepokojenie na jego zamazanej twarzy. Zniknął. Ruchy łopaty, wykopany dół. Potem kilka cieni o ludzkich kształtach. Dziwny, zapewne bardzo stary samochód z jakiejś innej epoki, znikający w dali. I koniec. Ciemność.&lt;/i&gt; &lt;br /&gt;Ból w jej głowie zanikł, a ona mogła wreszcie otworzyć oczy, aczkolwiek bała się teraz podnieść, czuła jak drżą jej ręce. „Co to było?” myślała. Rozejrzała się wokół – nic, tylko i wyłącznie czerń mroku. W chwilę po tejże czynności coś wewnątrz kazało jej iść w stronę przeciwległej ściany, usłuchała się tego uczucia i powstawszy na nogi ruszyła ku ów ścianie. Kiedy zbliżała się do niej, robiło się coraz zimniej, owiał ją też chłodny powiew. Dotknęła powierzchni ściany, sama nie wiedziała dlaczego, a potem nie wiedzieć czemu, zastukała, wydobył się dziwny, pusty dźwięk tak, jakby za ścianą znajdowała się pusta przestrzeń. Miała sucho w gardle, czy powinna zburzyć ścianę? Wydawała się niezbyt mocna. Zatem wzięła pierwszą lepszą rzecz, która nadawała się do uderzania w twarde powierzchnie. A tym przedmiotem okazała się odpadła, stara cegiełka. Zaczęła uderzać nią o ścianę, okazało się, że było to całkowicie zbędne, wystarczyło jedynie zdrapać tynk, a za nim ukazał się fragment ściany z cegieł, jedna z nich nie była przytwierdzona zaprawą murarską. Ją mogła wyciągnąć. Zabrała się do wyciągania cegły ze ściany, po kilku minutach trudu, udało jej się to, potem zastygła w niepewności, spoglądając ku widniejącemu w ścianie otworowi. Nie była pewna, czy dobrze będzie włożyć tam rękę. Raz kozie śmierć – zanurkowała tam najpierw dłonią, ale zaraz okazało się, że zmieści się tam całe jej przed ramie, które po chwili również wcisnęła. Obmacała wszystko dookoła dłonią, aż natrafiła palcami na jakiś twardszy przedmiot. Niezbyt duży, ale też nie aż taki mały, spróbowała go chwycić, był za daleko, musiała włożyć rękę głębiej, dopiero wtedy udało się dziewczynie pochwycić tajemniczy przedmiot, który następnie szybkim ruchem wyciągnęła. Musiała nieźle wytężyć wzrok, ażeby cokolwiek dojrzeć, nawet z bliska ledwie widziała. Znalezisko było średniej wielkości notatnikiem o twardej okładce, do której przytwierdzony był malutki, wypisany ołówek. Czuć było od niego zapach starości. Dziewczyna zagryzła dolną wargę, nie mogła tu go obejrzeć, jej oczy nie dostrzegały kształtów liter. I wtedy, jakby za sprawą jakiejś magicznej sztuczki, światło na powrót się zapaliło. Chociaż nie było jakieś super mocne, to wystarczało, aby dojrzeć wszystko wokół. Zesztywniała, widząc leżące płasko na ziemi zwłoki Petera, umaczane w kałuży krwi. Szybko odwróciła wzrok i wzięła kilka głębokich wdechów na uspokojenie, a następnie otworzyła notatnik na pierwszej stronie, gdzie widniał zapewne podpis właścicielki. „Emily Megan Grandt”. Dziwne... Nazwisko wydawało się dziewczynie dość znajome, jednakże nie znała żadnej osoby posiadającej takowe. Przeszła na którąś z dalszych kartek i natknęła się na taką oto notatkę:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;2 marca 1886r&lt;br /&gt;Zakochałam się. Czy to możliwe? Nigdy nie chciałam się zakochać, a to przyszło tak nagle, chociaż odbywało się stopniowo. Teraz czuję jak moje serce szybciej bije, gdy jestem przy tej osobie, chociaż ona pewnie nie wie, co tak naprawdę czuję. Pozostała mi kwestia tego, czy wyznać uczucie, czy nie. Może lepiej zaczekam.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już od początku miała wrażenie, że to będzie pamiętnik, a przekonała się o tym, widząc jedną z notatek. Zapiski zaintrygowały ją, chociaż umysł podpowiadał jej, że nie powinna tego czytać, za to coś innego pchało ją do tego, ale nie była to ciekawość, na pewno nie. Nie zwracała jednak na to uwagi i przeniosła się na inną kartkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;10 marca 1886r&lt;br /&gt;Znów byłam z przyjaciółką nad rzeką. Miałyśmy niezły ubaw, bawiąc się w wodzie, a potem odpoczywając w towarzystwie wysokiej trawy i promieni słońca. Jednak we wnętrzu nadal czułam, że cierpię. Kochałam moją przyjaciółkę, w każdym razie nie była to przyjacielska miłość, kochałam ją o wiele mocniej, jak jeszcze nigdy nikogo. Miałam kolejną okazję, by jej to wyjawić, dlaczego nie mogę tego zrobić?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chyba boję się odrzucenia...&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jasnowłosa już tak mocno wciągnęła się w pamiętnik, że nie mogła wytrzymać, by nie zajrzeć dalej. Przepływało przez nią pragnienie dowiedzenia się, któż mógł być ową kochanką, z tej notatki dowiedziała się jedynie, że to była przyjaciółka właścicielki pamiętnika. Przeszła pobieżnie dwie następne strony i zatrzymała się na trzeciej z kolei.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;15 marca 1886r&lt;br /&gt; Już nie mogę wytrzymać, źle się z tym wszystkim czuję. Coraz bardziej chcę jej to powiedzieć, nie mogę się jednak przemóc, aby to uczynić. Ból chwyta mnie, gdy tylko widzę jakąś rzecz, która nasuwa moje myśli na jej temat. &lt;br /&gt;Jednakże tylko tu mogę wykrzyczeć mym niemym krzykiem moje jedyne pragnienie...&lt;br /&gt;Irisviel, kocham Cię!&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyjrzała się badawczo swymi niebieskimi oczyma wypisanemu imieniu. Tamten głos... wymawiał właśnie to imię! Czyżby to był duch? Po plecach przeszły jej ciarki, kiedy przypomniało się jej, że jest sama, a zadrżała ze łzami w oczach, gdy tylko jej wzrok zauważał ciało chłopaka. Przekartkowała kilka, może kilkanaście stron i zatrzymała się na innej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;1 kwietnia 1886r&lt;br /&gt;Wydaje mi się, że już tak dużo czasu minęło od wyjawienia swojej miłości do Irisviel von Einzbern... Jesteśmy nadal razem i obie nie zamierzamy nigdy się nie opuścić. Teraz już niczego nie pragnę oprócz trwania przy niej do końca swych dni.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Irisviel? Einzbern?! Wprawiło ją to w niemałe zdumienie. Przypomniała sobie, jak oprócz domu, otrzymała również drzewo genealogiczne swojej rodziny w grubej księdze, przy oglądaniu jej natknęła się właśnie na to imię. To była jej matka. Ale dlaczego przepisała dom swojej przyjaciółki jej? To było dla niej niejasne i nie trzymało się kupy. Będzie musiała prześledzić cały pamiętnik niejakiej Emily Megan... Wstrzymała oddech, kartki same przesunęły się, ukazując kolejną stronę, tak jakby notatnik sam chciał pokazać jej najważniejsze fakty. Przeczytała na głos tym razem zapis:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;5 maja 1886r&lt;br /&gt;I stało się nieszczęście. Dlaczego to musiało się wydarzyć? Nikt miał nie dowiedzieć się o naszej miłości, a my żyłybyśmy w ukryciu, ale szczęśliwe. Wczoraj jednak Irisviel miała zamiar zostać u mnie na noc. Mój ojciec wyjechał na kilka dni. Tamtej nocy stało się to, kochałyśmy się. Było cudownie, nie mogę opisać tego słowami, wszystko jednak prysło tak szybko jak bańka mydlana, kiedy mój rodziciel niespodziewanie wrócił do domu i szukając mnie, zastał nas w sypialni. Widziałam w jego oczach wściekłość i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, że z trudem powstrzymuje wybuch gniewu. Z doświadczenia wiedziałam, że jest bardzo impulsywny. Kazał mi zejść rano do niego i porozmawiać. &lt;br /&gt;Spędziłyśmy noc razem w niepokoju. Irisviel wczesnym rankiem zostawiła mnie samą i wróciła do swego domu. &lt;br /&gt;Rozmowa z ojcem była bardzo ostra, nie chciałam się poddać jego woli, ale on uparcie stawiał na swoim, mówiąc, że znalazł już dla mnie odpowiedniego męża, a ja mam zostawić swoją kochankę i koniec kropka. Przeciwstawiłam się mu i to było moim błędem. Dobrze, że pamiętnik miałam schowany w piwnicy, bo nie miałabym do niego teraz dostępu. Tak... Zostałam zamknięta w tej straszliwej piwnicy przez własnego ojca. Nie sądziłam, że jest do takiego czegoś zdolny. Powiedział, że tutaj mam wszystko przemyśleć, a gdy już wybiorę odpowiednią drogę zawołać go. Oczywiście nie miałam zamiaru tego robić, nie chciałam nikogo innego oprócz Irisviel... &lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;Wypuściła w napięciu powietrze, przeczytawszy tą dość wyczerpującą notatkę w porównaniu do poprzednich, które widziała. W głowie kłębiło się wiele, nakładających na siebie myśli. Emily została tutaj zamknięta... Może nawet siedziała tu, gdzie teraz ona sama. Zadrżała. Jak ojciec mógł potraktować ją w ten sposób... Własną córkę. Westchnęła ciężko. Prawdę mówiąc nie chciała tego dalej czytać, ale niewiadomego pochodzenia siła pchała ją do tej czynności. Znów dał się czuć ten dziwny powiew, który teraz przewrócił strony pamiętnika, otwierając się na innej. Nie zastanawiała się nad tym zjawiskiem i zaczęła czytać dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;15 maja 1886r&lt;br /&gt;Cholera... Nadal tu siedzę. Mojemu ojcu chyba nawet nie przyszło na myśl, żeby mnie wypuścić. Gdyby nie pokojówka, pewnie leżałabym już tu martwa i obgryziona przez szczury. Najgorsze, że nie wiem co tam się dzieje. Nie mam żadnego kontaktu z Irisviel. &lt;br /&gt;Boję się...&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I znów kartka przewinęła się na następną stronę zupełnie sama.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;17 maja 1886r&lt;br /&gt;Jeden z moich najszczęśliwszych dni. Pokojówka otworzyła drzwi, wprowadzając Irisviel do środka i mówiąc, że ojciec wyjechał na trzy dni, zapewne do rodziny ów „mojego przyszłego narzeczonego”. Nie chciała o tym myśleć. Irisviel rzuciła mi się od razu w ramiona i zaczęła płakać, ja zresztą też. Wyjawiła mi swój pomysł. Ucieczka. Pokojówka miała nam pomóc z tego co mówiła Irisviel, pewnie wcześniej wszystko obgadały. Od razu wcieliłyśmy swój plan w życie, ale jak się potem okazało, wyjazd ojca był podstępem, aby mnie sprawdzić. I nakrył nas. Tego dnia, gdy się spotkałyśmy, coś obdarzyło nas niesamowitą siłą. A może to był przypadek? Zaczęło się od lekkiego popychania z ojcem. Irisviel stała z boku, a potem (pewnie specjalnie) otworzyła drzwi od piwnicy, ja rozumiejąc intencje tego czynu, popchnęłam ojca w tamtą stronę. Jeszcze jedno specjalnie wyprowadzone popchniecie i stoczył się po schodach. Nigdy bym nie przypuściła, że będę kiedykolwiek do tego zdolna... Do zabójstwa. &lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Notatnik otworzył się na kolejnej stronie z zapiskiem. W niej narastało cały czas napięcie i chęć wiedzy o tym wszystkim, co się wydarzyło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;18 maja 1886r&lt;br /&gt;Wczorajszą noc spędziłyśmy razem w domu. Była jedną z najgorszych w mym życiu. W moim umyśle nawet następnego dnia panował zamęt, jakbym miała oszaleć. Na szczęście Irisviel była blisko mnie i nie odchodziła na krok. Co się dokładnie wczoraj działo? Po „wypadku” zadzwoniłyśmy po pomoc, ażeby jakoś zmylić trop, że to my. Na szczęście jakoś wyszłyśmy z tego obronną ręką. Na wsi nikt nie chciał specjalnie roztrząsać takich spraw, a zwłaszcza tych o posiadłościach, których było jeszcze kilka oprócz mojej. Teraz mojej i Irisviel, która powiedziała, że jej rodzice nie mają nic przeciwko byśmy były razem. Doprawdy, ucieszyło mnie to bardzo. Zawsze lubiłam jej rodziców... Byli tacy ciepli, troskliwi. Zupełnie inni niż wszyscy bogaci. Jak widać, nie wszyscy są tacy sami. &lt;br /&gt;Dziękuję ci Boże za to szczęście i przepraszam za mój niewybaczalny grzech, który uczyniłam.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niebieskooka znów wstrzymała oddech. Kartki gwałtownie zafalowały i przekartkowały się pod wpływem własnego życia. To był prawie koniec pamiętnika..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;20 stycznia 1888r&lt;br /&gt;Nie... Już nie mogę tak żyć. Czuję wokół Jego obecność. Dręczy mnie na każdym kroku. Jest przepełniony zemstą, chce mnie zabić... Próbowałam wszystkiego, żaden egzorcysta nie pomógł, żadne medium również. Duch... On jest za silny. &lt;br /&gt;Nie wytrzymam długo... Przepraszam Irisviel. &lt;br /&gt;Jestem pewna, że wkrótce zginę, całą posiadłość i wszystko co w niej zapisuję Tobie, Irisviel von Einzbern, życzę sobie jedynie, abyś nie umierała razem ze mną, jak obiecałaś. Będę na ciebie czekać, tam... gdzieś. Spotkamy się, wierzę w to, kochanie. &lt;br /&gt;Emily Megan Grandt&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I ostatnia literka wyrazu była już bardzo niewyraźna, a kropka na końcu, wcale nie była kropką, a jedynie kreską, zrobioną przez przypadek. Domyśliła się, że śmierć spotkać ją musiała nagle. Wyrzuciła szybko z głowy wyobrażenia wydarzeń i sprawdziła ostatnie strony, które – tak jak myślała – były zupełnie puste. Teraz wiedziała do kogo należał tajemniczy, wołający głos. Jej matka umarła. Więc dlaczego Emily nadal pozostała w domu? Może się nie spotkały... A może to zemsta ojca ją tutaj trzyma... Więc trzeba by było wypędzić go stąd...&lt;br /&gt;Dopiero zdała sobie sprawę, z tego, że chce pomóc duchowi Emily. Sama nie wiedziała dlaczego. Mimo tak okropnych przeżyć od tych duchów zamieszkujących dom, po poznaniu historii, chciała przynieść ukojenie duszy Emily, pierwszej miłości jej matki. Wcale nie przeszkadzało jej to, że dwie kobiety były razem. Westchnęła cicho. Co miała zrobić? Zaczęła nerwowo chodzić po piwnicy, myśląc gorączkowo nad tym. Głowę rozsadzały jej różnego rodzaju myśli. Wiedziała, że drzwi w dalszym ciągu będą zamknięte, domyślała się teraz, że to sprawka ducha ojca Emily. Zagryzła mocno wargę. Jak przepędzić ojca? Zesztywniała. Przed sobą ujrzała nikle widoczną postać wysokiego mężczyzny. Był podobny do tego z wizji, które zaatakowały jej umysł przed kilkunastoma minuty. Zjawa zaczęła sunąć ku niej. Nie miała odwagi poruszyć nawet palcem. Krzyknęła w strachu, już nie mogła wytrzymać ze swej paniki. W pewnym momencie usłyszała gdzieś za sobą głos, był cichy, trochę monotonny.&lt;br /&gt;-Irisviel... Chodź do mnie... - słyszała. Nie nazywała się Irisviel, ale jeśli duch Emily widział ją jako jej matkę? Zagryzła wargę patrząc w przerażeniu na widmo ojca. Zaczęła się cofać do tyłu. Jeden krok, drugi jeszcze niepewniejszy od poprzedniego, a potem już odwróciła się plecami do sunącego w jej stronę ducha i poczęła biec w kierunku, z którego dosłyszała wcześniej głos. Zamknęła oczy, biegnąc na oślep, aż poczuła, że coś ją zatrzymuje. Niewidzialne dłonie, objęły ją w pasie i przyciągnęły do siebie. Otworzyła oczy, ale wtedy nic nie ujrzała.&lt;br /&gt;-Irisviel... Zamknij oczy... Ze mną jesteś bezpieczna... - dosłyszała jedynie głos niewidocznej osoby. Zgodnie z poleceniem, zacisnęła powieki i wtuliła się w postać w strachu spowijającym całe serce i umysł. Zdołała z siebie wykrztusić jedynie cichym szeptem:&lt;br /&gt;-Nie jestem Irisviel... Jestem jej córką... Nazywam się Justicia...&lt;br /&gt;Zjawa ojca zatrzymała się, a je obie otoczyła niemalże niewidoczna, jasna poświata, w której było teraz widać przeźroczystą postać pięknej kobiety. Irisviel nie mogła słyszeć ich rozmowy, ale miała ona postać mniej więcej taką:&lt;br /&gt;-Ojcze... Nic jej nie zrobisz.&lt;br /&gt;-Puść ją... Ona nie jest twoją Irisviel.&lt;br /&gt;-Zdaję sobie z tego sprawę... Ale to jej córka... I ją mogę kochać, aby obronić przed tobą.&lt;br /&gt;-To ci nie wystarczy. Musisz mnie odesłać. A to zrobisz wtedy, gdy spotkasz swą Irisviel. Czyż to nie obłęd? Błędne koło nie mające początku, ani końca. Ja nie odejdę, dopóki ty nie spotkasz się z Irisviel, to moja kara... a ty nie możesz się z nią spotkać, bo ja cię trzymam, przez to że mnie zabiłaś.&lt;br /&gt;-Znam na to sposób. Nie będziesz już więcej zabijał.&lt;br /&gt;-Zobaczymy.&lt;br /&gt;Jasnowłosa zaciskała mocno powieki, trwając w ciszy. Co się działo? Miała mieć zamknięte oczy, ale ciekawość pchała ją, aby je otworzyła. Tylko na moment... Ale ponownie usłyszała głos Emily.&lt;br /&gt;-Nie otwieraj oczu... - więc zacisnęła je jeszcze mocniej. Zjawa tymczasem znikła, ale wiadome było, że będzie wszystko co się rozgrywa w piwnicy, obserwować z „ukrycia”. Duch kochanki jej matki spojrzał się teraz na dziewczynę trzymaną w ramionach. Nadal wiedziała, że dzieli je ściana, tak jakby były w innych światach.&lt;br /&gt;-Justicia..? Nie mam prawa cię o to prosić. Ale czy zechciałabyś pomóc w odesłaniu mnie i duszy mego ojca? - zapytała swym cichym głosem posiadającym dziwne echo. Dziewczyna mimo woli uchyliła powieki i swymi niesamowicie niebieskimi oczyma spostrzegła twarz kobiety. Zamurowało ją, ale nie na długo.&lt;br /&gt;-Jak? - zapytała, chciała pomóc, nie ważne co by to było. Czuć było napięcie w trwającej przez kilka chwil ciszy.&lt;br /&gt;-Wezwij swoją matkę... To, że czujesz obecność duchów, to znaczy, że masz predyspozycje, aby to zrobić. Wiem to. Musisz wpuścić jej duszę do swego ciała. - powiedziała ze smutnym i przepełnionym cierpieniem wzrokiem. - Muszę się jeszcze raz z nią spotkać. - dodała po chwili.&lt;br /&gt;-Czyli mam posłużyć jako opakowanie na moją matkę..? W... Porządku. - zgodziła się, acz w jej głosie czuć było niepewność. No i trochę dziwnie to będzie wyglądać jak... Zresztą to nie gra roli. Chce pomóc duchom i by dom trwał już w spokoju. Od razu gdy się zgodziła, jakby za ruchem magicznej różdżki poczuła dziwną obecność swojej matki, bezpostaciowa energia stała gdzieś za nią. Bez sprzeciwu pozwoliła, aby ta ją opanowała. Potem już nie wiedziała co się stało...&lt;br /&gt;Duch i dziewczyna spoglądały sobie w oczy i przytuliły się mocniej do siebie. Teraz jednak w ciele córki stacjonowała dusza Irisviel. &lt;br /&gt;-Cieszę się, że cię spotykam... - odblask łez spłynął po przeźroczystej wizji policzka Emily. &lt;br /&gt;-Ja też... Nawet nie wiesz jak było mi ciężko bez ciebie, gdy zginęłaś. - rzekła Irisviel, będąc w ciele swej córki. Nie mogła się powstrzymać i delikatnie złączyła usta z ustami ducha, co dziwne, czuła ten dotyk, tak jakby był najprawdziwszym z prawdziwych. Emily nie była dłużna swej dawnej kochance i odwzajemniła jej pocałunek. Trwały tak w uścisku i pocałunku, delikatnie gładząc swoje ciała dłońmi. Tyle wystarczyło, rozłączyły swe usta i znów spojrzały nawzajem w swe oczy. Mogły teraz odejść w spokoju, by zaznać wspólnego, wiecznego szczęścia w duchowym świecie. &lt;br /&gt;Duch ojca Emily już dawno zniknął, zapewne też odszedł do tego innego świata. Potem nadszedł czas na samego ducha kobiety i matki Justicii. Oba były już jedynie wspomnieniem w tym świecie, za to zaznały spokoju w tym wiecznym...&lt;br /&gt;Dziewczyna obudziła się nagle w łóżku szpitalnym. Przez głowę przemknęła jej jedynie myśl „Gdzie jestem?”, a potem cicho odetchnęła, przypominając sobie ostatnie wydarzenia. Jej matka, Irisviel von Einzbern razem z Emily Grandt pewnie już odeszły w zaświaty, duch ojca pewnie również. Uśmiechnęła się sama do siebie, kiedy uświadomiła sobie, że doprowadziła do szczęścia swoją matkę. A teraz w domu będzie spokój. Rozpacz w sercu zesłało jej natomiast wspomnienie o śmierci narzeczonego. Co sama zrobi na tym świecie? Już nie miała nikogo oprócz przyjaciela z dawnej miejscowości. Zagadką dla niej było to, jak znalazła się tu... W szpitalu. Przymknęła oczy i westchnęła głęboko. W pewnym momencie usłyszała ciche kroki, zdążające w stronę łóżka, ale nadal nie otwierała oczu, przekonana, że to tylko pielęgniarka. &lt;br /&gt;-Otwórz oczy, widziałam przed chwilą, że już nie śpisz. Nie oszukuj mnie tu. - usłyszała dziwnie znajomy, kobiecy głos. Ale nie potrafiła go sobie przypomnieć. Jak gdyby odruchowo złapała się za  głowę, ale po chwili otworzyła oczy i ujrzała stojącą przy łóżku szatynkę o piwnych oczach.&lt;br /&gt;-Pamiętasz mnie jeszcze, Justicio von Einzbern...?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5934724136550603084-191191686650584631?l=my-tales-and-poems.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/feeds/191191686650584631/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2011/01/posiadosc-morghan.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/191191686650584631'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/191191686650584631'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2011/01/posiadosc-morghan.html' title='Posiadłość Morghan'/><author><name>Raven_Uchiha</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05446459197591522178</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_Do6SjbdX36Y/TFheFyXak2I/AAAAAAAAAB4/e5SWC45gL5Q/S220/Raven+Uchiha+(huh).bmp'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5934724136550603084.post-263513072937399390</id><published>2010-12-18T14:33:00.001+01:00</published><updated>2011-01-15T15:49:24.316+01:00</updated><title type='text'>Iiyajia</title><content type='html'>Dzień jak każdy inny. Słońce świeci na błękitnym niebie i ostro przygrzewa. Przez okno jak zwykle widać ulicę, po której nieprzerwanie jeżdżą samochody. Ludzie, każdy w swoim tempie, chodzą z jednego miejsca w inne. Wszyscy cieszą się z nadchodzącego festynu. Szarżują po sklepach jak rycerz na rycerza w walce. Nikt nie wiedział co ma się tego pięknego dnia stać. Siedziałem akurat przy moim komputerze i pisałem pracę domową.  Doprawdy, nadal się jeszcze nie przedstawiłem. Nazywam się Edward Ferberg, od niedawna jestem studentem Uczelni Cambridge. Ale wróćmy do historii tego co się działo. W domu panowała cisza i spokój. Jednak coś miało je zamącić, chociaż jeszcze nie miałem tak naprawdę pojęcia co dokładnie miało to być.  &lt;br /&gt;Aż w końcu przyszedł czas, kiedy trzeba było udać się na ten festyn. Przyszli po mnie rodzice i siostra. Mieliśmy rodzinnie udać się na tą tzw. uroczystość. Nie wiedziałem nawet z jakiej to okazji miało się odbyć, nie obchodziło mnie to. Po prostu chciałem to jak najszybciej mieć z głowy. Nie przepadam i nie przepadałem nigdy za takimi imprezami. Ale cóż poradzić, lepiej wykorzystać okazję i udać się gdzieś z rodzinką, którą rzadko widywałem od wstąpienia w szeregi studentów Cambridge. Wyszykowałem się na wyjście i wszyscy razem wyszliśmy z mego mieszkania, aby udać się do parku, gdzie właśnie ów festyn miał się odbyć. Od małego zawsze lubiłem tu przychodzić, ale tylko wtedy, gdy nie było tu tak głośno. Przyjście tutaj zawsze dawało mi ukojenie, może ta zieleń tak na mnie działała? Nie wiem tego, ale jak zawsze wszystko tutaj mieniło się wspaniałą zielenią oraz kolorami zasadzonych kwiatów. Tego dnia wcale nie miałem ochoty się tu zjawić, właśnie z powodu tego festynu. Nie wiem, jak ludzie mogą to znosić, pełno dzieciaków, kolorowych balonów, stoisk i takich różnych rzeczy. Ale to nie był jedyny powód, dla którego nie chciałem się tu dziś pokazać. Otóż możecie nazwać mnie dziwadłem, popaprańcem i innymi określeniami tego typu, nigdy o tym nikomu nie mówiłem, żadnemu nauczycielowi, psychologowi, a nawet mojej siostrze, którą kochałem nad życie. Odkąd pamiętam miałem dziwne sny. Sny, które się spełniały...dosłownie. Gdy byłem dzieckiem, przyśniło mi się, że w szkole mój najlepszy przyjaciel odejdzie. Ale nie w ten sposób, że po prostu pójdzie sobie gdzieś daleko. Może owszem, daleko, ale nie namacalnie. Śniło mi się, że umiera. Dokładnie, byłem przy tym. Powtarzam byłem przy tym jak go zamordowano. Byłem w tym miejscu jakby duchem. Widziałem i słyszałem. Może gdybym powiedział o tym, znaleźliby sprawcę, który zabił rodziców mego przyjaciela i jego samego, lecz nie uczyniłem tego. Zachowałem to dla siebie. To był mój pierwszy taki sen, było to dla mnie ciężkie przeżycie. Tak więc, jak już mówiłem, miałem sen z tych spełniających się. We śnie tym widziałem jak na festynie, na którą właśnie idę z moją rodziną, zdarzyło się coś strasznego, streszczę to krótko. Stałem gdzieś między drzewami, gdy nagle z nieba zaczęły spadać prawdopodobnie meteoryty. Niektóre z nich miały naprawdę duże rozmiary. Ziemia w okolicy, zaczęła się rozstępować. Widać było wielkie szczeliny i dziury powstałe na skutek uderzeń meteorytów. Wtedy gleba pod mymi stopami rozwarła się i nastała ciemność. W tymże właśnie momencie obudziłem się. Wróćmy jednak do rzeczywistości...&lt;br /&gt;Wreszcie dotarliśmy do parku. Wielu ludzi już się krzątało i bawiło. Rodzice zostawili mnie i moją siostrę samych. Przedstawię teraz ją. Nazywa się Alice Ferberg i jest młodsza ode mnie. &lt;br /&gt;-ED! Idziemy gdzieś? - zapytała energicznie Alice.&lt;br /&gt;-A masz kasę? - uśmiechnąłem się do niej.&lt;br /&gt;-Ej noo! Bądź dżentelmenem! Facet powinien stawiać! - odrzekła swoim dźwięcznym głosem. &lt;br /&gt;-Dżentelmeni już wymarli moja siostro. - rzekłem formując barwę głosu tak, by myślała, że się mądrzę.&lt;br /&gt;-No wiesz co! Żadna dziewczyna cię nie będzie chciała! &lt;br /&gt;-Na razie nie mam na takie dyrdymały czasu. - powiedziałem w ripoście. &lt;br /&gt;-Łuuu... Ale wstyd, żeby dziewczyna musiała za ciebie płacić. &lt;br /&gt;-Dobra, dobra! Ja płacę. - dałem za wygraną. &lt;br /&gt;Z nią nikt nie wygra w kłótni. Jest w tym genialna jak nikt inny. Gdyby za to można było otrzymywać nagrody Nobla, pewnie moja siostra by już go dawno otrzymała. Zawsze ma również coś w zanadrzu. Ciekawe po kim to ma.&lt;br /&gt;Tak więc udaliśmy się do stoiska z watą cukrową. Zamówiliśmy dwie duże. Poszliśmy w stronę ławki, a usadowiwszy się na niej zaczęliśmy wcinać naszą watę. Następnie mojej ukochanej siostrze zachciało się lodów, dlatego pobiegliśmy w stronę stoiska z nimi. &lt;br /&gt;-Kto pierwszy!! - krzyknęła w biegu. &lt;br /&gt;Pobiegłem za nią i wtedy to nastąpiło. Mój sen zaczął się spełniać. Z nieba zaczęły spadać wielkie meteoryty i ziemia już powoli się rozstępowała. Wszystkich ludzi ogarnął chaos. Biegli we wszystkich kierunkach, uważając na to by nie przygniótł ich żaden pocisk. Jednak wielu ludzi już spadło w szczeliny lub dopadły ich meteoryty. Ogarnął mnie szok, nie mogłem się ruszyć, jakbym był sparaliżowany. Widziałem, jak niebo stawało się ciemne i pochmurne. Szczęśliwie żaden meteoryt mnie jeszcze nie trafił. Wtedy na moich oczach ujrzałem jak Alice spada w nowo powstałą szczelinę. Paraliż ciała momentalnie zniknął. Moim najszybszym sprintem pobiegłem w jej stronę, ale... spóźniłem się. Zobaczyłem tylko jej rękę, która po sekundzie znikła, spadając w ciemności otchłani. Doprawdy! Czy to już koniec świata?! Poczułem straszliwą rozpacz i pustkę. Łzy popłynęły mi po policzkach. Wstałem i odskoczyłem, gdyż zgniótłby mnie lecący w moją stronę meteor. Zacząłem uciekać. Nie wiedziałem, nawet gdzie. Biegłem po prostu przed siebie. Robiło się coraz ciemniej. Wtedy, nie wiem, może mi się przewidziało, ale w jednej z szczelin ujrzałem ślepia. Złowrogie i błyszczące w ciemnościach. Widać w nich było rządzę zabijania. Nastąpiło to w jednej sekundzie. Potem nie było już po tym śladu. Nawet nie wiedziałem, że biegnę dalej. W końcu spostrzegłem, że jestem w jakimś gąszczu. Było wiele drzew. Bałem się. Strach, wielki strach, którego nie da się opisać. Wszystko działo się jak w moim śnie, a teraz już wizji przyszłości. Zacząłem krzyczeć. Ze smutku, z żalu, musiałem to jakoś wyładować. I nagle ziemia się rozstąpiła. Spadałem. Nie czułem nic pod stopami. Widziałem tylko ciemność. I znowu te ślepia przez ułamek sekundy. Nie wiem czy spadałem długo, ale podczas tego, czułem jakby coś się o mnie ocierało. Coś cienistego. Lecz gdy chciałem to dotknąć, nic już nie czułem. W końcu straciłem przytomność. &lt;br /&gt;Nie wiedziałem wtedy, czy jeszcze żyję, czy nie. Wiem tylko, że nic nie czułem. Nic prócz żalu do losu. Czułem jakbym był w nicości, obecny tylko duszą. &lt;br /&gt;Obudziłem się. Leżałem w jakimś pokoju, na wygodnym łóżku i pod ciepłą kołdrą. Usiadłem. Wszystko niemożliwie mocno mnie bolało. Na większości mojego ciała miałem bandaże. Położyłem się, by nie odczuwać bólu, a potem rozglądałem się po pomieszczeniu. Było ono dość niesamowite. Jak z książek, które uwielbiałem czytać. Pokój był dość...inny? Przy ścianie stały półki z ogromną ilością przeróżnej maści ksiąg, obok nich stało drewniane biurko, natomiast po moim prawym boku, obok łóżka znajdowała się duża szafa z tego samego tworzywa co pozostałe meble. Wszystkie ściany były przyozdobione malowidłami. Na środku pokoju leżał zgniło zielony dywan z wzorami czarnych liści, a podłoga, na której leżał, była z ciemnego drewna. Nagle głośny dźwięk rozproszył ciszę, spostrzegłem, że drzwi otworzyły się. Aż mnie zatkało! Nie byłem pewny swojej miny, ale na pewno wyglądała na niesamowicie śmieszną. W wejściu stała wysoka postać o długich, rudych włosach, kobieta, albo raczej elfia panna, bo miała zaostrzone i dłuższe uszy. Wyglądała tak jak opisywali elfy autorzy książek. Jej twarz była niesamowicie piękna, usta jasno różowe, oczy brązowe, w rękach trzymała tacę z jakimś napojem. Podeszła bliżej łóżka i usiadła na krześle z winorośli, które się tak nagle pojawiło... znikąd. Włosy elfki przepięknie falowały podczas każdego ruchu. &lt;br /&gt;-Widzę, że się w końcu obudziłeś. - jej głos był równie piękny co osoba.&lt;br /&gt;Nie mogłem wykrztusić żadnego słowa. Nic, nawet najmniejszego dźwięku. &lt;br /&gt;-Szkoda, że nie widzisz swojej miny chłopcze. - rzekła.&lt;br /&gt;Teraz poczułem, że mam szeroko rozdziawione usta i oczy. Pospiesznie przywróciłem się do normalnego stanu.&lt;br /&gt;-G...Gdzie j...ja j...jestem? - jąkając się, zapytałem.&lt;br /&gt;-Jesteś w Eldorii, jednym z wielu miast elfów. Co tak cię dziwi? - oznajmiła i zapytała.&lt;br /&gt;-Skąd j...ja s...się t...tu w...wziąłem? - naprawdę, czułem się jak we śnie. To wszystko było niczym bajka, opowieść fantasy. &lt;br /&gt;-Znalazłam cię w ciemnych jaskiniach. Leżałeś jak placek, już myślałam, że nie żyjesz. - odpowiedziała na moje pytanie.&lt;br /&gt;-D...dziękuję. - rzekłem.&lt;br /&gt;-Nie ma sprawy. - uśmiechnęła się – Nie mogłam cię tak zostawić. - a potem zamyśliła się na chwilę – Jak się nazywasz?&lt;br /&gt;-N...Nazywam s...się Edward Ferberg, proszę pani. &lt;br /&gt;-Co za dziwne imię... Ja jestem Dianai. Tylko proszę, nie mów do mnie „pani”, bo czuję się bardzo staro. - i znów wydała z siebie ten uroczy chichot. &lt;br /&gt;Opuściłem głowę na poduszkę i wpatrywałem się od tej chwili cały czas w twarz elfki. &lt;br /&gt;-Ile ja tu leżę? - zapytałem, bo to pytanie nie dawało mi spokoju.&lt;br /&gt;-Oj...Długo. Jakiś miesiąc chyba.&lt;br /&gt;Zbiła mnie z pantałyku. Myślałem, że o wiele więcej, z pięć lat jakieś. A tu tylko miesiąc. Jeden miesiąc! Poczułem się senny. Nie mogłem nic zrobić, zasnąłem. Nic mi się nie śniło, pierwszy raz w życiu. Mijały godziny. Wreszcie obudziłem się znowu. Usiadłem, lecz ponownie poczułem ostry ból na całym ciele. Dlatego wróciłem do pozycji leżącej i zastygłem w bezruchu. Wtedy spostrzegłem, że ona nadal siedzi przy mnie na swoim krześle opierając się ręką o oparcie dla przedramion. Przyglądała się z natarczywością. &lt;br /&gt;-Coś z...ze mną nie tak? - zapytałem się jej.&lt;br /&gt;-Nie... Przynajmniej nic poważnego. Tylko nigdy nie widziałam takiego kogoś jak ty. Masz takie krótkie uszy. Jesteś ludziem? - odpowiedziała nadal się we mnie wpatrując. &lt;br /&gt;Rozbawiła mnie tym, aż uśmiechnąłem się pod wpływem tego.&lt;br /&gt;-Jestem człowiekiem, a nie ludziem. - uśmiech nie znikał.&lt;br /&gt;-Wybacz, nie często ich tu widujemy. My nazywamy ich Vornini, czyli w naszym języku zachłanni.&lt;br /&gt;-Jak jest na zewnątrz? W waszym kraju? - zapytałem znienacka.&lt;br /&gt;-Teraz jest dzień. Słońce świeci między koronami drzew. Prawie cała okolica jest w drzewach. - odpowiedziała krótko, ale zwięźle, choć mogła opisać to bardziej atrakcyjnie.&lt;br /&gt;-Będę mógł wyjść? - zaintrygowało mnie to. Chciałem zobaczyć innych.&lt;br /&gt;-Pewnie, tylko na początek dojdź do siebie.  - odrzekła z troską, słyszalną wyraźnie w głosie.&lt;br /&gt;Dianai wstała z krzesła i podeszła do biurka, na którym coś leżało. Wzięła ową rzecz. Była to przezroczysta buteleczka z niebieskim płynem. Przysunęła krzesło bliżej łóżka usiadła z gracją i podała mi buteleczkę. &lt;br /&gt;-Masz wypij to, a szybciej wyzdrowiejesz. - poleciła.&lt;br /&gt;Wziąłem od niej przedmiot i otworzyłem go. Powąchałem zawartość buteleczki, ale nie wyczułem  żadnej woni, a następnie niepewnie przechyliłem ją i zacząłem pić. Od razu wyczułem smak, płyn był słodko kwaśny i dość smaczny, choć na języku wydawał się trochę gęsty, a wręcz oleisty. Wypiłem całość i poczułem nagły przypływ siły. Dianai jednym i zręcznym ruchem zabrała mi naczynie z ręki i szybko położyła na biurku, po czym wróciła na krzesło. &lt;br /&gt;-Jak się czujesz? - zapytała.&lt;br /&gt;-Wspaniale! Mam takie uczucie wielkiej siły. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.&lt;br /&gt;Po jakimś czasie zasnąłem znowu. Usłyszałem tylko jak piękna elfka wychodzi i zamyka za sobą w drzwi. Potem już zapadłem w głęboki sen. Nic mi się nie śniło. Naprawdę, bo gdyby przyszedł do mnie jakiś sen to zapamiętałbym go dokładnie. Nie miałem pojęcia co się stało, że tak nagle przestałem śnić. Może dlatego, że nic ciekawego nie mogło się zdarzyć.&lt;br /&gt;Następnego ranka, w rzeczy samej nie miałem pojęcia, czy jest to jeszcze noc, czy jednak dzień. W pokoju nie było żadnych okien, ani też żadnego przyrządu do odmierzania czasu. Nie czułem się jeszcze dość na siłach więc zacząłem przyglądać się obrazom, które wisiały na ścianach. Jeden z nich szczególnie przykuł moją uwagę. Przedstawiał on wielkiego węża o złowrogim spojrzeniu, jego oczy aż hipnotyzowały. Naprzeciw zwierzęcia stał człowiek jakby grożący mu swym mieczem. Miał kasztanowe krótkie włosy, podobne do moich i odziany był w srebrną zbroję. Obie postacie znajdowały się na pustej przestrzeni, jedynie na horyzoncie dostrzegłem kilka drzew. Odwróciłem wzrok, poczułem przypływ siły i teraz nie mogłem wytrzymać, więc wstałem. Me ciało już mnie aż tak nie bolało, jedynie w niektórych miejscach. Spróbowałem się przejść. Przyszło mi to jednak z trudem, prawie bym się wywrócił. Po jakimś czasie jednakże moje nogi przyzwyczaiły się do poruszania. Następnie zacząłem się rozciągać, najpierw ręce, potem nogi i jeszcze wykonałem inne czynności. Podszedłem do półek z książkami i zacząłem przeglądać wzrokiem grzbiety okładek. Zupełnie nie rozumiałem tytułów, zapewne napisane zostały w innym języku. Nagle usłyszałem jakiś dziwny dźwięk. Prawdopodobnie dochodził z zewnątrz. Był słyszalny coraz bardziej. I wtedy dach się zawalił. Zobaczyłem jedynie czarną i nienaturalnie wielką rękę. Reszta ciała stwora skryła się w dymie powstałym na skutek zawalenia domu. Wiem tylko, że opadłem na ziemię. W dymie ledwo było coś widać. Jedyne co potem zobaczyłem, to wchodzącą do pokoju Dianai. Spostrzegłem wielki miecz w jej dłoni. Chyba zaczęła walczyć z napastnikiem. Nic więcej już nie pamiętam. Straciłem przytomność. &lt;br /&gt;Obudziłem się z krzykiem. Leżałem na miękkiej, gęstej trawie wśród wielu drzew. Widziałem ich wielkie korony. Nade mną siedziała po turecku elfka i wpatrywała się we mnie. Ujrzałem na jej ramieniu przewieszoną pochwę z mieczem. Tym mieczem, którym walczyła z napastnikiem.  Jej twarz wyrażała jakby smutek. &lt;br /&gt;-Edwardzie nic ci nie jest? - zapytała z troską.&lt;br /&gt;Dopiero teraz spostrzegłem, że mówi podobnie jak moja siostra. W tej chwili, w której o niej pomyślałem poczułem ogromny żal w sercu. Tak straszliwy, że aż położyłem dłoń w okolicy mojego serca. &lt;br /&gt;-Edwardzie! Wszystko w porządku? - zapytała jeszcze raz.&lt;br /&gt;-Tak... - tylko to mogłem odpowiedzieć.&lt;br /&gt;-To dobrze. - uśmiechnęła się.&lt;br /&gt;-C...co się w ogóle stało, Dianai? - chciałem dowiedzieć się jak najwięcej o tym zdarzeniu.&lt;br /&gt;-Zostaliśmy zaatakowani. W tej chwili jesteśmy daleko od miasta, gdyż wszystko tam zostało... doszczętnie zniszczone. - odpowiedziała ze smutkiem, wręcz rozpaczą w głosie. Musiała kochać tamto miejsce.&lt;br /&gt;-Ale, ale kto to zrobił? - nie dawałem za wygraną. &lt;br /&gt;-To były demony. Poddani tego, którego imię boją się wszyscy wymawiać. Dość niedawno zaczął działać... A teraz próbuje niszczyć... Podobno czegoś szuka. - odrzekła.&lt;br /&gt;Zaniemówiłem. Czy to był jakiś cholerny sen? Czy to działo się w rzeczywistości? Nie mogłem tego wszystkiego ogarnąć. Wszystko było takie dziwne. Elfy, potwory, demony, jakiś antybohater.  To wszystko było takie nierealne rodem z książek fantastycznych. Przez moment wątpiłem we wszystko co widzę. Spróbowałem wstać... i udało mi się, jednak z trudem utrzymywałem się na nogach. Elfka pomogła mi i zaczęliśmy iść przed siebie. Śledząc krajobraz, dostrzegałem piękne rośliny, przeróżnej wielkości drzewa, krzaki z białymi kwiatami. Ściółka leśna cicho skrzypiała pod naszymi nogami. W okolicy słychać było śpiew ptaków. Cały las się poruszał. Czegoś takiego nie dało się zobaczyć, nazwijmy to, w moim świecie. Tam tylko pełno samochodów, fabryk, wstrętnych zapachów. A tu słońce przyświecało nam z góry i prześwitywało przez korony drzew. Piękne to było jak nic innego. Szliśmy tak jakiś czas.&lt;br /&gt;-Dianai, co teraz zrobimy? - zapytałem z pewną ciekawością.&lt;br /&gt;-Teraz...? Teraz udamy się do Holdinii. Tam może sprawa tych demonów zostanie nam wyjaśniona.  Dowiemy się dlaczego zaczęły atakować... - zamyśliła się.&lt;br /&gt;Nie wiedziałem o co w ogóle chodzi. Przecież tutaj chyba nikt nie wiedział, że pochodzę z innego świata. A może ten mój świat już nie istnieje? Albo jeśli ja tylko śnię? To doprawdy frustrujące z niczego nie zdawać sobie sprawy. Jednak po jakimś czasie doświadczyłem dziwnego uczucia, jakby coś dziwnego się we mnie działo. Szliśmy tak nadal we dwoje. Zobaczyłem, że Dianai jest zmęczona pomaganiem mi w chodzeniu, ale nie dawała po sobie tego poznać. Jeżeli nie dawała, to skąd wiedziałem? Tak jakoś to wyczułem, sam nie wiem jak to wyjaśnić. &lt;br /&gt;-Dianai? Może odpoczniemy? - zwróciłem się do niej. Najwidoczniej zaskoczyłem ją tym, że zauważyłem jej zmęczenie. &lt;br /&gt;-Cóż...Możemy odpocząć jeśli nie masz nic przeciwko. - odpowiedziała i uśmiechnęła się serdecznie w moją stronę.&lt;br /&gt;Pomogła mi usiąść. Sama potem też usiadła i zaczęła rozpalać ognisko. Ja tymczasem siedziałem oparty o drzewo i myślałem. W końcu zasnąłem. Zauważyłem, że często zasypiałem, czyżbym jeszcze nie wypoczął nawet po tym miesiącu? Wracając do mojego zaśnięcia, nie był to spokojny sen. Ale byłem prawie pewny, że spełni się jak inne. A więc, widziałem ogień, ciemne niebo z gwiazdami i księżycem. Dużo drzew i zdawało mi się, że słyszę odgłosy walki. Moim oczom ukazywały się ciemne postacie przypominające cienie. Lecz mogły bez trudu się poruszać i zadawać ciosy. Było w nich coś złowrogiego... I wtedy otworzyłem oczy i w tej chwili w ułamku sekundy bardzo blisko mojej głowy w korę drzewa wbił się czarny miecz, był duży i jakby cienisty. Powoli przerzuciłem wzrok na postać trzymającą ową broń. Przed swoimi oczyma ujrzałem taką cienistą postać jak w moim śnie. Tyle tylko, że teraz była wyraźniejsza. Posiadała masywne, czarne ciało, o oczach czerwonych i złowrogich. Z pleców wystawały stworowi skrzydła, a jego zęby były ostro zakończone. Na głowie miał rogi, z tego się domyśliłem, że to zapewne był demon. Usłyszałem krzyk, więc odwróciłem głowę w stronę z którego pochodził. Przestraszyłem się, bo zobaczyłem o wiele więcej podobnych mrocznych postaci. Na ziemi klęczała Dianai, a nad nią stał jeden z demonów gotowy ją zabić. Elfka była ranna, opierała się o swój miecz. Chciałem coś zrobić, ale strach mnie sparaliżował. Chyba byłem tchórzem. Tak jak wcześniej nie mogłem się ruszyć. To było okropne...nie móc panować nad swym ciałem. Usłyszałem świst - miecz wbił się teraz w inne miejsce, ale także blisko mojej głowy. Niemalże by mnie to uderzenie zabiło. Ten stwór chyba się ze mną droczył. Spoglądałem teraz na demona przede mną, unosił właśnie miecz, by zadać kolejny cios. Już miecz znajdował się o centymetr od mojej twarzy, ruszyłem ręką i... I zatrzymałem miecz! Z mojej ręki emanowała dziwna, jasnoniebieska aura. Trzymałem miecz tą ręką, moją prawą ręką! Poczułem siłę, spróbowałem zgnieść broń napastnika. O dziwo roztrzaskałem ją na kawałeczki, a wtedy mnóstwo fragmentów rozsypało się wokół. Pospiesznie wstałem. Demon rzucił się na mnie. Z mojej ręki nadal emanowała ta aura. Czułem niewiarygodną siłę. Nagle moja ręka jakby sama się poprowadziła. Trzymała teraz twarz potwora i w tejże chwili głowa roztrzaskała się zupełnie podobnie jak miecz. Padł martwy, a jego ciało rozpłynęło się. Nic z niego nie pozostało. Spostrzegłem, że Dianai przygląda mi się ze zdziwieniem, ja sam także byłem niewiarygodnie zaskoczony.&lt;br /&gt;-UCIEKAJ GŁUPKU! - krzyknęła do mnie elfka.&lt;br /&gt;-Ja...JA NIE ZOSTAWIĘ CIĘ TAK! - krzyknąłem w odzewie. &lt;br /&gt;W jednej chwili dwa demony zaczęły kierować się w moim kierunku. Moja ręka znowu sama się poprowadziła, zatrzymała się na lewej stronie klatki piersiowej demona. Cały stwór rozszczepił się na kawałki, drugi tymczasem rzucił się na mnie, pod wpływem czego oboje się przewróciliśmy. Zaczął mnie dusić. Nie mogłem oddychać. I wtedy poczułem jakiś przepływ siły między czymś, a moją prawą ręką. Ręka wprowadziła tą aurę do ziemi, a z kolei z niej wyrósł szpikulec i błyskawicznie przebił ramię demona na wylot. On zraniony odskoczył. Następnie moja ręka powędrowała w kierunku jego głowy i roztrzaskała się na miliony fragmentów. Z żadnego nie leciała krew. Pomyślałem, że to dziwne. Ale w końcu to były zapewne te demony, o których mówiła Dianai. W pewnym momencie doznałem mocnego bólu głowy. Okazało się, że uderzył mnie demon atakujący z powietrza. Potem dobiegł do mnie następny i z całej siły walnął w brzuch. Poleciałem jak z procy i z szybkością najpotężniejszego wiatru uderzyłem o napotkane drzewo. Spadłem i klęczałem. To bolało. &lt;br /&gt;-EDWARD! - krzyknęła Dianai. &lt;br /&gt;Spojrzałem na nią, a już atakujące demony biegły w moją stronę. I bez ingerencji mojej woli z całego mojego ciała zaczęła emanować ta sama aura co wcześniej z ręki. Cały byłem nią otoczony. Gdy mniej więcej demony były tak blisko, by mogły mi zadać cios, aura uformowała się w szpikulce, które przebiły stwory na wylot. Padły martwe i także nic z nich nie pozostało. W pobliżu znajdowało się jeszcze pięć takich stworzeń. Bez mojego rozkazu otaczająca mnie aura, która zmieniła się przed chwilą w szpikulce powędrowała z wielką szybkością w stronę wrogów. Dwóch ten atak zabił, pozostałe niestety uniknęły uderzenia. Dwa z nich użyły swych skrzydeł i zaczęły lecieć w mym kierunku, ostatni zaś biegnąc sprintem szykował się do zadania ciosu mieczem. Szpikulce podążyły w stronę nadlatujących napastników, inna część aury uformowała się w rękę trzymającą miecz. Miecz z mojej aury rozpłatał jednocześnie broń demona i jego samego. Zranieni padli na ziemię i z ich ciał nie pozostał nawet proch. Ja natomiast po ich unicestwieniu zacząłem odczuwać wielkie zmęczenie. Traciłem powoli przytomność. Chwiejnym i wolnym krokiem podszedłem do mojej rannej towarzyszki, lecz już blisko niej straciłem przytomność i padłem na ściółkę leśną jak długi. Nie pamiętam co dalej było. Gdy nie byłem wśród ludzi, widziałem ciemność. Zaległa w moim umyśle blokując wszystkie sny i nie pozwalała mi w ogóle myśleć. Nic nie odczuwałem oprócz zmęczenia. Doprawdy sam wtedy nie wiedziałem, czy umieram, czy jeszcze nie.&lt;br /&gt;Z tego co powiedziała mi Dianai leżałem nieprzytomny dwa dni i dwie noce. Kiedy się obudziłem, mną siedziała Dianai, jej piękne, brązowe i połyskujące w świetle dnia oczy spoglądały na mnie z współczuciem oraz z zaniepokojeniem. Moja głowa leżała na jej udach. Patrzyliśmy tak na siebie przez chwilę. &lt;br /&gt;-Edwardzie, dobrze się czujesz? Jesteś strasznie blady. - powiedziała z nutą troski w głosie.&lt;br /&gt;Spojrzałem na bandaże na jej brzuchu i prawym ramieniu. Ja w przeciwieństwie do niej nie odniosłem ran ciętych. &lt;br /&gt;-Jestem tylko zmęczony. Ale z tobą chyba nie najlepiej jest... - rzekłem, stwierdzając.&lt;br /&gt;-To nic poważnego. Odpocznij, jak dojdziesz do siebie wyruszymy w dalszą drogę. - oznajmiła mi spokojnym głosem. &lt;br /&gt;Teraz spostrzegłem, że znajdujemy się w małej kamiennej jaskini. Nie było nam tu ciasno, ale dawała wrażenie malutkiej. Elfka położyła delikatnie moją głowę na torbie. Wstała, ale jej twarz wykrzywiła się w bólu, a na jej bandażu owiniętym woków brzucha wystąpiły plamy krwi. Rana musiała otworzyć się na nowo.&lt;br /&gt;-Cholera... - powiedziała do siebie – Zaraz wrócę. Poszukam czegoś co można spożyć. &lt;br /&gt;-Nie powinnaś się ruszać, rana jeszcze się nie zagoiła dostatecznie dobrze. Może zostań? Z głodu nie umrzemy. - odpowiedziałem z nutą prośby w głosie.&lt;br /&gt;-Tak i będziemy wcinać korzonki i skały. - odparła jednocześnie z sarkazmem i lekkim rozbawieniem w głosie.&lt;br /&gt;-Mi to nie przeszkadza. - powiedziałem z równym rozbawieniem.&lt;br /&gt;Zawiesiła sobie miecz w pochwie na plecy i wyszła z jaskini. Ja leżałem, nadal odczuwając wycieńczenie. Rozmyślałem o tej dziwnej aurze i przypływie siły oraz o tych demonach. Po jakiejś godzinie wróciła Dianai, niosąc w małej torebeczce jagody i inne owoce, jej następnym krokiem było usadowienie się i położenie na ziemi wszystkich rzeczy. Oparła się o ścianę, ja też tak postąpiłem. Tylko, że mi poszło znacznie gorzej. Intuicja podpowiadał mi, że rana elfki nadal ją boli. Nie dawała jednak po sobie nic poznać.&lt;br /&gt;-Jedz. Odzyskasz siły. - powiedziała.&lt;br /&gt;-Ty też. - rzekłem i uśmiechnąłem się do niej.&lt;br /&gt;Zaczęliśmy jeść owoce. Były smakowite. O różnych smakach i kolorach oraz kształcie. Jedne były czarnoniebieskie inne pomarańczowe, a jeszcze inne żółto kremowe. Po posiłku od razu poczułem się lepiej i wróciły mi siły. Jednak chciałem zapytać moją towarzyszkę o wiele rzeczy, a było tak mało czasu. Siedzieliśmy przez chwilę w głębokim milczeniu.&lt;br /&gt;-Co to było... Wtedy jak nas zaatakowali? Co się ze mną działo? - zwróciłem się do niej, mając nadzieję, że wszystko mi wyjaśni.&lt;br /&gt;-Hmm... Od czego by tu zacząć. Wiele jest do wyjaśnienia w tej sprawie. Jak by ci to ująć. Użyłeś wtedy swojej Iiyaji, czyli tak zwanej zmaterializowanej siły umysłu, można tak powiedzieć. To jakby taka aura tylko widoczna i silniejsza, która jest pod twoją władzą i możesz z nią zrobić prawie wszystko co zechcesz. - odpowiedziała krótko.&lt;br /&gt;-No, ale nie rozumiem... - powiedziałem.&lt;br /&gt;-Potem ci o tym powiem. Na razie jest za mało czasu na takie opowiadania. Wytłumaczę ci wszystko jak dotrzemy do Holdinii, dobrze? &lt;br /&gt;-Dobrze, ale ze szczegółami. - odpowiedziałem jej.&lt;br /&gt;-Tak, a teraz może już wyruszymy w dalszą drogę? - zapytała elfka.&lt;br /&gt;-Dobry pomysł.&lt;br /&gt;Wstałem i otrzepałem się. Po chwili wstała elfka. Zawiesiła swój wielki miecz na plecach. Zauważyłem, że złapała się za zabandażowaną ranę. Wiedziałem, że nadal ją bolała. Ruszyliśmy pewnym krokiem przed siebie, choć niezbyt szybkim ze względu na nasz stan. Zapewne szliśmy w kierunku tego miasta elfów, o którym mówiła Dianai. Na zewnątrz była ładna pogoda, słońce świeciło wysoko, gdzieniegdzie po niebie płynęły chmury. W koronach wysokich drzew śpiewały ptaki i poruszały się owady. Światło słoneczne odbijało się od zielonych liści i znajdujących się rzadziej małych stawikach w powierzchni ziemi. Przyjemnie się tak chodziło po lesie wśród tylu dużych drzew i innych roślin. Jednak ciągle irytowała mnie myśl, że dowiem się wszystkiego dopiero w Holdinii. Wydawało mi się, że wędrujemy całe wieki, a nigdzie nie było widać ani jednego zabudowania. Chyba mam opóźniony zapłon, bo dopiero teraz zauważyłem, że nie miałem tych samych ubrań co przed katastrofą. Na sobie miałem zielono szare szaty, ciemno brązowe spodnie i o ton ciemniejsze buty. Okryty byłem też płaszczem o kolorze bardzo ciemnej szarości. Naprawdę, jestem za mało spostrzegawczy. Cały czas wszystko dookoła było piękne. Nie tak jak w tamtym świecie, wszędzie autostrady i miasta. Tu było bajecznie, niczym z książek fantastycznych. Świat nietknięty przez niszczycielską moc ludzką. &lt;br /&gt;W końcu wyszliśmy na małą bezdrzewną przestrzeń. Równiutkie koło bez drzew. Trochę dalej od środka stała drewniana chatka. Blisko niej rosło drzewo samotne drzewo, a przed domem stał prostokątny stół z drewna, a po jego dłuższych bokach umieszczone były pieńki do siedzenia. Niedaleko przy tym wszystkim znajdowało się  ów drzewo dające swoją koroną przyjemny cień. Domek i podwórze otoczone były drewnianym płotkiem. Oprócz stołu, w ogrodzie mieściły się także miejsca, gdzie posadzone zostały owoce i warzywa. My stanęliśmy przed drzwiami chatki. Dianai zapukała, lecz nikt nie otwierał. W końcu usadowiliśmy się na pieńkach przy drewnianym stole. Czekaliśmy pewien czas, aż z lasu wynurzyła się pewna postać. Zmierzała w naszym kierunku. Był to mężczyzna, elf o czarnych włosach z jednym srebrnym pasmem.  Był dosyć blady, a jego oczy tak blado niebieskie, że aż prawie białe. Na plecach zawieszony miał łuk z czarnego tworzywa., a przy bokach na brązowym pasie wokół bioder wisiały mu dwa sztylety w czarnych pochwach, każda z jedną srebrną czaszką. Spojrzał się na nas, od jego spojrzenia aż przeszły mi po plecach dreszcze.&lt;br /&gt;-Witajcie! Co was tu sprowadza? - przywitał się i spojrzał na Dianai trzymającą się za brzuch.&lt;br /&gt;-Witaj. Dawno się nie widzieliśmy... Vern... - powiedziała do elfa, który był zapewne gospodarzem chatki.&lt;br /&gt;-Widzę, że jesteś ranna. Wejdźmy do mojego domu, uleczę cię. I potem porozmawiamy. - dał nam znać gestem byśmy poszli za nim. &lt;br /&gt;Weszliśmy do domu. Wnętrze było niesamowite. Proste, a jednocześnie wspaniałe. Wskazał nam drzwi. Wszyscy przez nie przeszliśmy i zaczęliśmy schodzić w dół. W końcu doszliśmy do końca. Te podziemia były ogromne! Pełno pokoi, sal i innych rzeczy oraz pomieszczeń! Zaprowadził nas do dużego pomieszczenia gdzie znajdowało się wiele łóżek. Znajdowało się tu kilka półek z różnymi księgami oraz tyle samo półek z miksturami i ziołami. Doprowadził nas do jednego z łóżek. Niejaki Vern pomógł Dianai zdjąć miecz i powiedział, by położyła się na łóżku. Zrobiła to, o co prosił. Elf ściągnął czarną skórzaną rękawicę z z prawej ręki i usiadł na jednym z dwóch krzeseł przy łóżku. &lt;br /&gt;-Chłopcze, usiądź. Teraz będę leczył Dianai. - uśmiechnął się i wskazał wolne krzesło.&lt;br /&gt;Usiadłem i zacząłem przypatrywać się czynnościom wykonywanym przez czarnowłosego elfa. Ułożył on swoją prawą dłoń w okolicy rany, około dwa centymetry ponad, tak że jego prawica nie dotykała ciała. Z jego dłoni zaczęła emanować ta aura, tylko, że była ona koloru srebrnego. Rana zadana przez demona pod wpływem owej zmaterializowanej siły zaczęła się goić. Minęły dwie godziny zanim całkowicie uleczył Dianai. Następnie Vern odprowadził nas do swoich pokoi, sam natomiast udał się do innego pomieszczenia, prawdopodobnie był to salon z tego co widziałem po drodze. Mój pokój był pomalowany na ciemnozielony kolor. W jednym rogu pokoju stało łóżko. Usiadłem na nim i rozglądnąłem się po pomieszczeniu. Oprócz łóżka, znajdowała się tutaj też szafa, komoda, biurko, a na podłodze leżał dywan tego samego koloru co ściany. Nagle ktoś zapukał. Weszła Dianai. Usiadła na łóżku naprzeciw mnie. &lt;br /&gt;-Ed... Powiedzieć ci więcej teraz? - rzuciła prosto z mostu.&lt;br /&gt;-Opowiedz. Chcę się dowiedzieć – powiedziałem patrząc jej w oczy.&lt;br /&gt;-Jak już mówiłam wcześniej. To co emanowało z twojego ciała podczas walki to była Iiyajia. Można nią sterować za pomocą umysłu i stworzyć prawie wszystko. To znaczy z tej aury możesz zrobić tylko to, na co pozwala siła i psychika twojego umysłu. Iiyajia podlega twojej woli.&lt;br /&gt;-Ale...Nie rozumiem. Ja nad tym nie panowałem. To... To samo się tak stało. Jak to możliwe? - zapytałem.&lt;br /&gt;-Hmm... Nie panowałeś nad tym? To mogło być spowodowane tym, że był to twój pierwszy raz użycia Iiyaji oraz tym, że byłeś przemęczony. - w jej głosie słuchać było nutę zaciekawienia tematem.&lt;br /&gt;-To wtedy jak mogłem użyć tej siły skoro nawet nie wiedziałem co to jest? Skąd się to wzięło? &lt;br /&gt;-Myślę... Myślę, że wtedy poniosły cię uczucia. Iiyaji w pewnej części kieruje serce. Każdy Iyjin, czyli ten który używa Iiyaji, ma inną osobowość, naturę. To znaczy także, że każda taka osoba ma inny kolor takiej aury. Dajmy, ktoś zły, okrutny może mieć Iiyajię koloru czarnego. A ktoś niesamowicie dobry może mieć białą. Jednak czasami kolor nie świadczy o osobie. Więc nie można osądzać na jej podstawie jeżeli nie ma się pewności. - wyjaśniła spokojnie.&lt;br /&gt;-A jeżeli zmieni się osobowość, to czy wtedy kolor Iiyaji też się zmienia? - zapytałem z ciekawością.&lt;br /&gt;-Nie, Iiyajia nie zmienia się. Kolor zostaje taki sam przez całe życie. - odpowiedziała. &lt;br /&gt;W końcu skończyliśmy rozmowę. Dianai wróciła do swojego pokoju odpocząć, a ja zacząłem rozmyślać nad tym co mi powiedziała. Chciałbym, aby opowiedziała mi jeszcze więcej. Po godzinie zasnąłem. Obudziłem się dopiero pod wieczór, słysząc jakieś odgłosy na zewnątrz. Ktoś  tam rozmawiał. Mogli to być to tylko Dianai i Vern. Nie słyszałem wyraźnie więc podszedłem bliżej drzwi i przystawiłem ucho. &lt;br /&gt;-Nieszczęście się stało! To niemożliwe! - głos należał do Verna.&lt;br /&gt;-Co się stało Vern? - zapytała Dianai.&lt;br /&gt;-To straszne! Holdinia została zaatakowana! - odpowiedział Vern.&lt;br /&gt;-To niemożliwe. - szepnęła - Aż do tego się posunęli? Zaatakowali stolicę! Jeżeli to zrobili to muszą być niewiarygodnie potężni. - rzekła elfka.&lt;br /&gt;-To nie wszystko, została doszczętnie zburzona. Niewielu zdążyło się uratować. - dodał przepełnionym rozpaczą, ale też goryczą i gniewem głosem.&lt;br /&gt;-Musiało być ich miliony! I ktoś musiał nimi przewodzić. Ktoś inteligentniejszy i potrafiący nad nimi zapanować, ktoś o wielkiej sile. Pomyśl, oni mogą zniszczyć cały świat! &lt;br /&gt;-Podczas walki, był tam mój sokół. Widział co tam się działo. Przekazał mi obrazy. Wśród nich była osoba, która odróżniała się od demonów. To prawdopodobnie był człowiek, na dodatek używał Iiyaji. Ze stolicy pozostały najwyżej gruzy. - powiedział z niepokojem w głosie Vern.&lt;br /&gt;-Wiesz jak ta postać wyglądała? - zapytała.&lt;br /&gt;-Wiem. Jak już mówiłem sokół przekazał mi obrazy. - zamyślił się na chwilę - Postać była kobietą, miała kasztanowe średniej długości włosy, kremową cerę. Oczy zielone jak młode liście drzew. Ubrana była na czarno. Czarny płaszcz z kapturem, buty, koszula, spodnie. U pasa miała miecz jednoręczny, a na plecach łuk. Od jej spojrzenia biło zło. - skończył opis.&lt;br /&gt;-Aha... Musi być potężna. &lt;br /&gt;Słyszałem jak się rozstali. W końcu ich kroki ucichły. Ja tymczasem doznałem szoku. W mej wyobraźni powstał obraz mojej siostry. Czyżby też przeżyła? Przez jakiś czas byłem sparaliżowany myślą, że Alice mogła sprzymierzyć się z tymi złymi. Przede wszystkim martwiłem się o nią, a jeżeli zrobili jej jakieś pranie mózgu? Muszę się tego wszystkiego dowiedzieć. Muszę się z nią spotkać! Usiadłem na łóżku. Zacząłem obmyślać plan. Jakby się tu wymknąć bez zwracania uwagi na siebie. Nie chciałem innych narażać na niebezpieczeństwo. Postanowiłem wykorzystać mroki nocy i wypróbować swoją Iiyajię. Miałem zamiar przekraść się przez podziemia i wydostać na powierzchnię tak cicho jak to tylko się dało. Swój plan miałem wcielić w życie o północy, czyli dokładnie za godzinę. &lt;br /&gt;Nadeszła chwila prawdy. Wyszedłem cicho z pokoju i zacząłem się przekradać do schodów. Miałem szczęście, że wszyscy spali. Doszedłem do schodów i poszedłem w górę. W końcu zatrzymałem przed drzwiami. Otworzyłem je i szybko wybiegłem z chatki. Teraz zacząłem biegnąć jak najszybciej w stronę lasu, by znaleźć się jak najdalej. Po jakiejś godzinie oddaliłem się o około kilometr od chatki Verna. Byłem już zmęczony ciągłym biegiem, dlatego widząc stawik podszedłem do niego aby się napić. Zaspokoiłem pragnienie i chwilę odpocząłem. Po jakimś czasie wpadłem na pewien pomysł. Dianai mówiła, że z Iiyajią można robić prawie wszystko. Tak więc chciałem skumulować aurę w nogach, bym szybciej mógł się poruszać. Teraz tylko zostało mi wprowadzenie tego pomysłu w życie. Zacząłem się skupiać nad wyzwoleniem Iiyaji. Jasnoniebieska aura zaczęła emanować z całego mojego ciała. Spróbowałem ją przekierować do nóg. Nie udało się, cała wyzwolona moc zniknęła. Z determinacją spróbowałem jeszcze raz. I znów ze mnie zaczęła emanować Iiyajia. Tym razem mi się udało. Przekierowałem całą ją wyzwoloną do nóg. Nie tracąc czasu pobiegłem przed siebie. Biegłem w tą stronę, którą mieliśmy z Dianai dotrzeć prosto do Holdinii. Biegłem bardzo szybko. Wiatr obmywał mi twarz. Mimo wielu drzew na mojej drodze nie wpadłem na nic. Nie przerywałem biegu, po jakichś kilku godzinach poczułem straszne zmęczenie. Zatrzymałem się i padłem zmęczony na ziemię pod jednym z drzew. Przebyłem bardzo długi odcinek z tego co wyliczyłem. Natychmiastowo zasnąłem. Śnił mi się kolejny proroczy sen. Dianai  dosyć późnym rankiem zorientowała się, że mnie nie ma. Pobiegła z tym do Verna. Zamierzali mnie odnaleźć. Nie mieli jednak pojęcia dlaczego znikłem. &lt;br /&gt;Gdy sen się skończył od razu się obudziłem. Tak praktycznie to obudził mnie padający deszcz. Okolica już nie był aż tak urocza jak poprzedniego dnia, słońce skryło się za chmurami. Poczułem pragnienie, dlatego też podszedłem do gałęzi z liśćmi, z których spływały strumyczkiem opady deszczowe. Ustawiłem głowę tak, by strumyczek wody spływał prosto do moich ust. Gdy napiłem się dostatecznie dużo, poczułem głód. Nie wziąłem nic ze sobą, więc zabrałem się do szukania jakichś dziko rosnących owoców. W ciągu kilkunastu minut znalazłem trochę pożywienia. Zjadłem wszystko i czułem się całkowicie wypoczęty. Potem zabrałem się do podróży. Teraz jednak już wiem jak wykorzystać Iiyajię do szybszego poruszania się. Postąpiłem tak samo jak poprzednim razem. I pobiegłem z zawrotną szybkością w tym samym kierunku co wcześniej. Wszystko się rozmazywało. Jednak z wyczuciem omijałem przeszkody. Myślałem nad tym, kiedy dokładnie Dianai i Vern zorientują się, że mnie nie ma. W końcu znowu się zmęczyłem. Zatrzymałem się na odpoczynek. Napiłem się wody deszczowej i tym razem ruszyłem w dalszą drogę normalnym spacerowym tempem. Dochodziło południe, a ja nadal szedłem wyznaczonym przez siebie szlakiem. Choć sam nie wiedziałem, czy idę w dobrym kierunku, coś w wewnątrz mnie podpowiadało mi co mam robić. Po drodze zauważyłem krzak z jagodami i zatrzymałem się by zjeść ich trochę. Napełniwszy żołądek, usiadłem na kilkunastominutowy odpoczynek. Nagle usłyszałem jakiś szmer. Początkowo wystraszyłem się, jednak szybko się opanowałem i zacząłem nasłuchiwać. Było strasznie cicho. Wiedziałem, że przed chwilą coś znajdowało się w pobliżu. Przygotowałem się do ewentualnej obrony tak, że w krótkiej chwili mogłem uaktywnić Iiayjię w dłoniach. Nagle coś się za mną pojawiło. Odruchowo odskoczyłem jak oparzony. Przede mną stał demon. Miał miecz, rogi wystające z głowy i czarną zbroję. Patrzył się na mnie tymi swoimi złowrogimi oczami. Zaszarżował na mnie mieczem. Ledwo uniknąłem ataku, szybko uaktywniłem Iiyajię i wycelowałem cios w głowę. Dostał, ale tylko przetoczył o kilka metrów dalej. Nic poważnego mu się nie stało. Spojrzałem na jego miecz. Cały był czarny. Uaktywniłem moją aurę w nogach i szybko podbiegłem do demona. Wycelował koniec miecza w moją głowę, jednak ja w ostatniej chwili złapałem go lewą ręką i rozwaliłem na wiele kawałków. Wycelował we mnie cios swoją olbrzymią łapą. Przeleciałem jakieś kilka metrów i uderzyłem o pień drzewa. Upadłem na ziemię, lecz szybko się podniosłem...Musiałem... Zacząłem biec z wielką szybkością na około potwora. W końcu zakręciło mu się w głowie od patrzenia na mnie. Upadł. W tym momencie podbiegłem do niego i wycelowałem cios prawą ręką w jego głowę. Demon złapał mnie za nią i wyrzucił w powietrze. Ledwo udało mi się wylądować. Poczułem metaliczny posmak na ustach, była to krew. Pomyślałem o szponach. Nagle z wierzchu dłoni obu rąk otaczająca je Iiyajia uformowała się w potrójne szpony o długości trzydziestu centymetrów. Nie tracąc czasu i pewności siebie ruszyłem ku wrogowi. Z dużą siłą uderzyłem w jego brzuch przebijając mu zbroję. Lewą ręką sięgnąłem jego głowy i roztrzaskałem ją na kawałki. Stwór natychmiastowo padł i zniknął. Stałem tak dysząc przy tym. Położyłem się na ziemi. Bardzo mocno bolał mnie brzuch od uderzenia tego demona. Zasnąłem. Obudziłem się dopiero pod wieczór. Słońce wyszło zza chmur, i jeszcze nie zaczęło zachodzić, a deszcz przestał padać. Wstałem i zacząłem szukać jakiegoś zbiornika z wodą. Niestety nic nie znalazłem i musiałem zadowolić się wodą z kałuży, następnie zjadłem jeszcze trochę jagód z krzaczka. Przypadkowo spojrzałem na ziemię. Leżało na niej jakieś zawiniątko. Otworzyłem je i moim oczom ukazał się srebrny pierścień. Założyłem go na palec serdeczny prawej dłoni. W tejże chwili poczułem przypływ siły. Nie zastanowiłem się nawet nad tym skąd ona się wzięła i uczyniłem co poprzednio, ruszając dalej. Stawało się coraz ciemniej. W końcu, gdy już nie mogłem nic widzieć podczas biegu zatrzymałem się, aby odpocząć. Ponownie zapadłem w sen. &lt;br /&gt;Obudziłem się rano. Byłem wypoczęty, ale głodny i spragniony. Poszukałem wody i jakiegoś pożywienia. Znalazłem na szczeście coś podobnego do gruszki, ale zupełnie inaczej spakowało. Po zjedzeniu owego owocu już nie chciało mi się pić. Ruszyłem w dalszą drogę. Po jakimś czasie doszedłem do urwiska. Z niego widziałem w dali miasto. Z daleka nie było nic prawie widać, ale do moich nozdrzy doszedł zapach dymu. Pobiegłem w stronę miasta. Wiedziałem, że to była Holdinia. Moim oczom ukazały się gruzy miasta, kiedy dotarłem dostatecznie blisko. Wszystko było doszczętnie zniszczone. Wszystko wyglądało tragicznie. Czuć było zapach dymu, a niebo nad Holdinią było ciemne i złowrogie. Przechadzałem się pomiędzy pozostałościami budynków. Trafiłem w końcu na jakiś nie do końca zniszczony dom. Wszedłem do środka, spodziewając się tego, że znajdę jakieś przydatne przedmioty. Dach owego budynku był nadpalony, dlatego też we wnętrzu było dosyć jasno. Na ścianie spostrzegłem wiszący miecz. Był nienaruszony patrząc z tego punktu widzenia, że całe miasto legło w gruzach. Niestety nic więcej nie znalazłem. Być może wszystko inne zabrali ci napastnicy. Wyszedłem na zewnątrz. Przerażała mnie ta atmosfera, nie umiem wyjaśnić dlaczego. Tak więc ruszyłem przed siebie szukając śladów obecności mojej siostry. Po pewnym czasie trafiłem do bardzo dziwnego miejsca. Ziemia tutaj miała inną barwę, a do tego przybierała kształt koła. Nie mając zbytniego wyboru wstąpiłem na glebę o jaśniejszym kolorze. Nic się nie stało. Zacząłem chodzić po kole. &lt;br /&gt;-”Kompletnie nie wiem nic... Co ja teraz mam niby zrobić?” - pomyślałem. - W tym czasie ziemia zaczęła pękać i wskutek tego spadłem na dno przepaści, która właśnie powstała. Było ciemno, jednak moje oczy po  krótkiej chwili się przyzwyczaiły do panującego mroku. Znalazłem się w dużej okrągłej sali z wysokimi kolumnami podtrzymującymi sklepienie. Wstałem i otrzepałem się z kurzu. Kolumny i ściany przyozdobione były przeróżnymi malowidłami. Jedne przedstawiały postacie demonów z piekła rodem inne walczących ludzi. Natomiast w niektórych miejscach widniały namalowane rośliny i zwierzęta. Po dojściu na środek sali zauważyłem, że podłoga i sufit mają na sobie jakieś dziwne ozdoby. Obróciłem się o dokoła własnej osi, wtedy zrozumiałem, że znajduję się pośrodku wielkiego pentagramu. Zdziwiłem się dlaczego takie miejsce znajduje się pod miastem elfów. Ruszyłem przed siebie, by wyjść z tego kręgu. Lecz przy ostatniej jego linii zatrzymałem się mimo woli. Coś nie pozwoliło mi wyjść. Spróbowałem jeszcze raz, nic z tego. Nawet nie drgnąłem.&lt;br /&gt;-A więc przyszedłeś... - usłyszałem kobiecy głos spoza pentagramu. &lt;br /&gt;-Kim jesteś!? - krzyknąłem odwróciłem się w tę stronę, z której dobiegał głos.&lt;br /&gt;-Nie poznajesz swojej siostrzyczki? - postać powiedziała to drwiącym głosem i wyłoniła się z mroku wchodząc do kręgu.&lt;br /&gt;-Alice? To ty? - zapytałem, nie tracąc czujności i kładąc dłoń na rękojeści miecza.&lt;br /&gt;-A któż inny mógłby to być? Alice to ja! - zobaczyłem całą postać. &lt;br /&gt;Istotnie, wyglądała jak moja siostra, ale coś mi nie grało. Ona taka nie była. Podszedłem do niej powoli acz z pewnością siebie. Postać wyciągnęła łuk i skoncentrowała aurę w grocie strzały. Wypuściła strzałę. Odskoczyłem zdezorientowany i wyciągnąłem miecz z pochwy. &lt;br /&gt;-Zginiesz ! - krzyknęła ze śmiechem Alice i wycelowała we mnie jeszcze jedną strzałę.&lt;br /&gt;-Dlaczego chcesz mnie zabić? - zapytałem i przygotowałem się do uniku.&lt;br /&gt;-Nie zauważyłeś tego jeszcze? Masz potężną i dobrą Iiyajię! Mój pan nie pozwoli żyć tym, którzy mogą się mu sprzeciwić! - wystrzeliła, tym razem prawie trafiła jednak strzała tylko mnie drasnęła. Pobiegłem z wielką szybkością do Alice i wytrąciłem ją z równowagi tak że upadła. Spojrzałem jej w oczy. Były jakby zamglone... Zmatowiałe. Od razu wyczułem, że coś jest nie tak, była zaślepiona. Odskoczyłem w ostatniej sekundzie od zrobionej przez Iiyajię mojej siostry przepaści. Ona w tym czasie wyciągnęła swój miecz i tym samym zaczęliśmy walczyć. Nie dawałem za wygraną, lecz ona także nie dawała się pokonać. Siły były wyrównane. Zwarliśmy w walce swoje miecze i popatrzeliśmy sobie w oczy.&lt;br /&gt;-Poddaj się, a twoja śmierć nie będzie bolesna. - powiedziała mi w twarz.&lt;br /&gt;-Nigdy! Ktoś ciebie omamił i teraz nie jesteś sobą! - krzyknąłem.&lt;br /&gt;Odrzuciliśmy się tak, że każde z nas odleciało na kilka metrów. Ścieraliśmy się wielokrotnie, jednak nikt nie ustępował przeciwnikowi. W pewnym momencie ziemia pod naszymi stopami się zatrzęsła. Alice wykorzystała moją nieuwagę i zgromadziła w mieczu swoją czarną Iiyajię. Zadała mi cios mieczem w brzuch. Upadłem na kolana opierając się o swoją broń. Szybko dotykając podłoża, wprowadziłem w nie swoją aurę i tym samym z ziemi zaczęły się formować kolce. Odskoczyła, aby uniknąć ciosu. Teraz ja dostałem szansę na rewanż, zgromadziłem Iiyajię w nogach i mieczu i z zawrotną szybkością znalazłem się przy Alice i tym samym zadając jej cios w ramię. Skrzywiła się z bólu i przyłożyła dłoń do mojego brzucha odpychając mnie aurą. Poleciałem prosto na kolumnę. Uderzyłem z hałasem. W ostatniej chwili przekierowałem Iiyajię do kolumny i pomyślałem o twardych pnączach. Wtedy z niej wyleciały pnącza i zablokowały atak mojej siostry, a także unieruchomiły ją. Podbiegłem do niej zanim się oswobodziła i zadałem jej cios brzuch. Upadła na za ziemię. Stałem nad nią. Nagle podniosła głowię i zaczęła patrzeć na mnie swoim dawnym spojrzeniem. Z jej zielonych oczu zaczęły płynąc łzy. Zacisnęła mocniej dłoń na rękojeści miecza. &lt;br /&gt;-Ed! Ed! Skąd się tutaj wziąłeś? - przytuliła mnie i zapytała płacząc.&lt;br /&gt;-Ja przyszedłem po ciebie! - powiedziałem z troską.&lt;br /&gt;Odeszła ode mnie na krok. Łzy spływały jej po policzkach. W dłoni nadała swój miecz, a drugą ręką chwyciła mnie za rękę, w której trzymałem miecz. Skierowała ostrze mojego miecza w swoje gardło. &lt;br /&gt;-Edwardzie! Musisz mnie zabić, szybko! Zanim stanę się znowu jak przedtem! - krzyknęła płacząc.&lt;br /&gt;-Nie, nie mogę. Jesteś moją siostrą! Przed chwilą ciebie odzyskałem i mam ciebie ponownie stracić? - rzekłem z lekkim zdenerwowaniem i smutkiem w głosie.&lt;br /&gt;-Proszę! Ja już nie chcę taka być, zabijać! Zrób to dla mnie! - spojrzała na mnie prosząco, a jej łzy obficie spływały po policzkach.&lt;br /&gt;Rzuciłem miecz daleko od siebie i przytuliłem z całej siły płaczącą siostrę. Odepchnęła mnie mocno, jej oczy stały się na powrót złowrogie. Z jej ciała zaczęła emanować czarna Iiyajia. Ja, nie zostając w tyle, także zacząłem gromadzić swoją aurę. Tylko, że moja była jasna, teraz całkowicie biała. Alice uformowała ze swojej demoniczne skrzydła, a na  rękach długie szpony. Ja tymczasem długi smoczy ogon i skrzydła oraz trochę mniejsze szpony u rąk. Rzuciliśmy się do walki. Teraz nikt nie otrzymywał ran ciętych, przegra ten co zużyje całą swoją Iiyajię. Uderzaliśmy w siebie z całej siły i aurą odpieraliśmy swoje ataki. Uderzyłem ją swoim ogonem, ona natomiast wydłużyła swoją rękę z Iiyaji i uderzyła w moją. Pod wpływem uderzenia z palca spadł mi pierścień. Nagle straciłem całą siłę i upadłem z wielkim hałasem. Nie mogłem się poruszyć choćby o milimetr. Zapragnąłem jak najszybciej odzyskać pierścień, lecz one leżał o metr za daleko. Alice stanęła nade mną i przygniotła swoją stopą moją dłoń. Potem sięgnęła po pierścień. Patrzałem na nią z bólem na twarzy.&lt;br /&gt;-To ci dodawało siły, nieprawdaż? - powiedziała.&lt;br /&gt;Zgniotła pierścień  w dłoni. Pozostał po nim tylko szarawy kurz. Chwyciła mnie za ubranie i rzuciła o kolumnę. Przyszykowała się do ataku i zaczęła biec w moją stronę. Dostawałem niesamowicie silne ciosy. Znowu chwyciła mnie za ubranie i odrzuciła w następną kolumnę tak mocno, aż pękła. Rozsypała się na wiele kawałków. Obrywałem nimi, a Alice unikała ich. Po minucie wszystkie opadły, a ja ledwo się wygramoliłem spod tych odłamów. Siostra podbiegła do mnie, nadal miała wiele Iiyaji w sobie, jak i tej, która emanowała z jej ciała, przyszpiliła mnie do ściany zadała cios w brzuch. &lt;br /&gt;-Już nie masz siły? - zaśmiała się ironicznie. &lt;br /&gt;W tej chwili pomyślałem, że nie mogę tak skończyć. Specjalnie przyszedłem tutaj dla niej i muszę jakoś sobie poradzić. Złapałem jej rękę. I odepchnąłem. Uciekłem kawałek dalej. Spróbowałem wydobyć z siebie resztkę aury, bezskutecznie. Alice już biegła w moją stronę, szykując się do zadania ostatecznego ciosu. Już była o centymetr ode mnie, jednak w tymże momencie uwolniłem trochę Iiyaji i odskoczyłem naprawdę daleko. Teraz mogłem wymyślić jakiś sposób na pokonanie mojej zaślepionej złem siostry. &lt;br /&gt;-Alice, obudź się! Opamiętaj się ! - krzyknąłem do niej.&lt;br /&gt;-Twojej Alice już nie ma! I nigdy nie wróci. - odpowiedziała.&lt;br /&gt;Zdenerwowałem się. Przecież musi być jakiś sposób na ocalenie jej. Nie chciałem się poddać. Byłem bardzo wściekły. Z mojego ciała zaczęła emanować niesamowicie biała Iiyajia. Moją siostrę sparaliżowało. Z aury formował się wielki anioł o pięknych i długich włosach oraz skrzydłach, w prawej ręce dzierżył miecz. Poruszyłem ręką, a postać z mojej Iiyaji  także zrobiła ten ruch. Tak więc teraz wiedziałem jak tym atakować. Zaatakowałem Alice uderzając pięścią anioła tam gdzie stała. Ona odskoczyła i spróbowała zaatakować wytwór mojej aury. Jej pocisk odbił się rykoszetem  od powierzchni anioła i tym samym rozwalając kolumny i sufit. Wszystko zaczęło się walić. Nam jednakże nic się nie stało. Odłamy sufitu i kolumn odbijały się od naszych silnych aur. Tym razem skierowałem atak anioła w podłoże pod stopami stojącej Alice. Udało się, odskoczyła i naraziła się tą czynnością  na atak zadany przeze mnie w powietrzu. Uderzyłem ją z całej siły, a dokładnie otaczającą ją Iiyajię mieczem. Opadła na ziemię i trzymała miecz nie pozwalając się mu zranić. Z całej siły odepchnęła miecz i kocim skokiem ruszyła ku twarzy anioła. Ten jednak jednym ruchem ręki zmienił kierunek jej lotu, a ta bezwiednie uderzyła o ścianę. Nagle poczułem niesamowitą aurę. Była tak przerażająca, że znieruchomiałem na chwilę. Skierowałem wzrok na mojego przeciwnika. Z jej ciała emanowała jeszcze większa Iiyajia i bardziej potężna. Formowała się ona w wielkiego demona ze skrzydłami, szponami, ostrymi zębami i długą włócznią. Siły zostały wyrównane. Tylko jak?  Demon zaatakował włócznią, anioł odchylił głowę, by uniknąć zranienia prosto w nią i odtrącił mieczem broń przeciwnika po czym skierował ostrze w miejsce gdzie powinno być serce demona. Ten jednak szybko obronił się, blokując atak drzewcem włóczni po czym skierował jej grot w ciało anioła. Ten robiąc obrót znalazł się za plecami demona i uderzył w kręgosłup. Demon uniósł się wzwyż na swoich skrzydłach. To samo zrobiła druga postać, moja. Walka teraz odbywała się w powietrzu. Starcie trwało i trwało. Jednakże z każdą chwilą siła nasza słabła.&lt;br /&gt;Po godzinie pentagram nad latającymi postaciami zaczął się jarzyć na czerwono. Zdziwieni wylądowaliśmy, ale nie przestawaliśmy być ostrożni w stosunku od siebie. Linie tworzące krąg stawały się coraz bardziej widoczne i czerwone. Nie wiem jak Alice, ale ja traciłem teraz szybciej siły. Próbowałem wzlecieć wyżej, ale nie udało mi się to. Coś mnie jakby trzymało. W tym samym momencie spostrzegłem, że anioł się zmniejsza. Zerknąłem na demona, on też był w tym stanie. W końcu nasze aury już prawie znikały. Mojemu aniołowi zniknął miecz i skrzydła, przeciwnikowi też tego brakowało. Nie miałem żadnego narzędzia do walki, dlatego powiodłem wzrokiem po okolicy, aby odszukać mój znaleziony na powierzchni miecz. Po chwili go odnalazłem i ruszyłem ku niemu. Nie zdążyłem, siostra go złapała przede mną i zniszczyła. Wpatrywałem się w nią. Po chwili jej ręce opadły i z oczu zaczęły lecieć na nowo łzy.&lt;br /&gt;-Bracie, Ed! Zabij mnie. Tym samym zniszczysz mojego pana. Teraz! - krzyknęła.&lt;br /&gt;-N...nie mogę tego zrobić! Przyszedłem tu po ciebie! - powiedziałem głośno.&lt;br /&gt;-Edwardzie...- zamilkła na chwilę – Pozwól mi umrzeć jako człowiek... Gdy jestem taka jak wtedy nie jestem nim. Proszę. - ze łzami w oczach pobiegła w moją stronę z mieczem, jednak już bez emanującej Iiyaji. &lt;br /&gt;Teraz była już sobą. - „Chce mnie sprowokować...” – pomyślałem. Kopnęła mnie tak, że odleciałem i uderzyłem w odłamy kolumn. Wtedy anioł z mojej aury zmienił się w świetlisty miecz. Narzędzie leżało przede mną, otoczony był światłem. Siostra wpatrywała się we mnie zdziwiona. Na kolanach poczołgałem się do broni. Wziąłem ją do prawej ręki. Wstałem i zacząłem wpatrywać się w oczy mojej Alice. - Edwardzie, zrób to, tylko tak możesz postąpić... - usłyszałem nieznajomy głos w mojej głowie. Złamałem się, choć nie wiem czy była to naprawdę moja własna decyzja.&lt;br /&gt;-Alice... Walcz ze mną. Tak będzie sprawiedliwie. &lt;br /&gt;-D...Dobrze. - odpowiedziała. &lt;br /&gt;Walczyliśmy bardzo dobrze. Nikt nie oszukiwał, była to walka na śmierć i życie. Ona i ja także byliśmy poranieni tak, że nie wiadomo jak staliśmy jeszcze na nogach. W ostatniej chwili nasze oczy się spotkały. &lt;br /&gt;-Żegnaj... Alice...Byłaś wspaniałą siostrą...Przepraszam za wszystko... - powiedziałem ledwo oddychając.&lt;br /&gt;-Edwardzie...Ty byłeś najwspanialszym bratem... Żegnaj Ed... - też już nie miała siły mówić. &lt;br /&gt;Opadliśmy oboje na podłoże z wbitymi w serca mieczami. Mój, świetlisty spoczywał w jej, a jej czarny w moim sercu...    &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;hr&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Napisane jakiś dłuższy czas temu. Nie pamiętam kiedy dokładnie. Ale właśnie sobie o tym przypomniałam i postanowiłam dodać.&lt;/i&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5934724136550603084-263513072937399390?l=my-tales-and-poems.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/feeds/263513072937399390/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2010/12/iiyajia.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/263513072937399390'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/263513072937399390'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2010/12/iiyajia.html' title='Iiyajia'/><author><name>Raven_Uchiha</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05446459197591522178</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_Do6SjbdX36Y/TFheFyXak2I/AAAAAAAAAB4/e5SWC45gL5Q/S220/Raven+Uchiha+(huh).bmp'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5934724136550603084.post-6492852807885786563</id><published>2010-12-18T14:27:00.000+01:00</published><updated>2010-12-18T14:27:00.108+01:00</updated><title type='text'>Przygoda w tawernie</title><content type='html'>Dzień jak każdy inny, a może jednak nie do końca..? Świerze, orzeźwiające powietrze napływało teraz z zewnątrz przez otwarte okna tawerny, wewnątrz której dosłyszeć można było radosne, żywe głosy i muzykę. Zapewne trwała jakaś zabawa. Przez moment zerkałam do środka, spoglądając w otwarte okno. Chwilę potem weszłam tam i zamknąwszy za sobą drzwi, odnalazłam wzrokiem wolny stolik. Usiadłam przy nim na drewnianym stołku, nic nie zamawiając, przynajmniej na razie nie miałam takowego zamiaru. Rozejrzałam się natomiast uważnie po pomieszczeniu. Oczyma wędrowałam od jednej twarzy do drugiej, ludzi było doprawdy wielu. Świętowali, ale z jakiego powodu? Tego nie potrafiłam odgadnąć tylko patrząc, wsłuchałam się tedy w głosy tłumu, co było dosyć trudne ze względu na ich dochodzenie z różnych stron i mieszanie się ze sobą. Kilku mężczyzn odeszło z dosyć ciasnego kręgu, wewnątrz którego ujrzałam wtedy dwóch innych osobników płci brzydkiej, ci jednak odziani byli w srebrzyste zbroje. Pierwszy z dwójki był zdecydowanie wyższy i miał mniej masy ciała, posiadał ciemne włosy opadające na ramiona i długi nos, pasujący jednak do kształtu twarzy oraz krzaczaste brwi nad oczyma. Drugi był niższy, ale tęższy i wyglądał na dysponującego większą siłą fizyczną od poprzedniego. Jego potargane, rude włosy i broda mocno rysowały się na tle jasnej skóry. Stwierdziłam w myślach, że przypomina mi trochę krasnoluda, ale nie wiedziałam czy na pewno nim jest. Zaraz potem zwróciłam uwagę na ich bronie, brunet do pasa przyczepiony miał dwusieczny miecz, natomiast rycerz o niemal płomiennych włosach posiadał potężny, zdobiony, metalowy topór. Przyglądałam się im wszystkim, siedząc tak w cieniu przy własnym stoliku i przysłuchując się się. Dwaj wojownicy wyglądali na bliskich przyjaciół, świętujących powrót z jakiejś wyprawy. Westchnęłam cicho, sama z takowej wróciłam, jednak nie lubiłam nigdy imprezować. Zamówiłam sobie kubek wody, nic więcej i powoli ją wypijając, dalej śledziłam bieg wydarzeń zabawy.&lt;br /&gt;W pewnym momencie ujrzałam małą dziewczynkę, przemykającą pomiędzy nogami wysokich dorosłych. Wiedziałam dokąd zmierza, jej celem byli wojownicy otoczeni kręgiem spragnionych opowieści. Dziecko dotarłszy na miejsce, słuchało historii opowiadanych przez mężczyzn z wyraźną fascynacją wypisaną na dziecięcej twarzyczce.. Przez jakiś czas miałam dziwne wrażenie, jednakże nie wiedziałam co ono mogło oznaczać. Dziewczynka nagle zbliżyła się do wojowników, musząc przy patrzeniu na nich unosić cały czas głowę do góry. Delikatnie pociągnęła za materiał peleryny, którą miał przyczepioną do zbroi wyższy mężczyzna, chcąc zwrócić na siebie ich uwagę. Stało się po jej myśli, wzrok wszystkich dorosłych powędrował ku dziewczynce. Wojownicy powiedzieli kilka słów do niej z uśmiechami, nie słyszałam jednak co dokładnie to było. Zrobiło się ciszej, przez tą całą sytuację. W końcu dziecko zapytało się swym drobnym, niewinnym głosikiem:&lt;br /&gt;– A... Który z was jest silniejszy? – po tych słowach mężczyźni wymienili między sobą spojrzenia. Tak, to pytanie musiało ich poróżnić, to wiedziałam na pewno. Rycerze zaczęli rozmawiać ze sobą, gestykulując przy tym rękoma. W tej chwili przestałam pić wodę, pusty kubek odłożyłam na blat, skupiając się na wyglądającą na skłóconych dwójkę. W myślach stwierdziłam, że taki spór jest bezsensowny, ale ci chyba tego nie rozumieli. Cóż... Faceci. Założyłam nogę na nogę, nie odwracając wzroku od miejsca akcji. Wkrótce doszło do momentu, w którym oboje podjęli się wyzwania do walki. Mężczyźni przeszli tuż obok mnie, z bliska wydawali się bardziej potężni niż z daleka. Za nimi podążył cały tłum tawerny. Kiedy wyszli, również postanowiłam wyjść na zewnątrz, byłam ciekawa jak to wszystko się skończy. Znalazłszy się na miejscu, wspięłam się na jedno z drzew, by lepiej widzieć wojowników wyprostowanych i dumnych, stojących już naprzeciw siebie. Podali sobie prawice, patrząc przy tym na siebie z dziwnym błyskiem w oczach. Nie wiedziałam co on mógł oznaczać. Niższy sięgnął dłonią za plecy, chcąc zapewne dobyć topór tam umieszczony, natomiast wysoki włożył rękę za połę peleryny, mając zamiar wyciągnąć miecz.&lt;br /&gt;– Na cztery zaczynacie! Jeden, dwa, trzy, CZTERY! – rzekł ktoś. I wtedy stało się coś niespodziewanego, coś co zamurowało wszystkich obecnych, nawet mnie. Mężczyźni zamiast wyciągnąć bronie, wystrzelili rękoma przed siebie, układając dłonie w kształt: niski – papier, wysoki – kamień. &lt;br /&gt;– HA! Wygrałem! – powiedział rudy swym niskim tonem głosu i zaśmiał się, ale był to prawdziwy, szczery śmiech. Opuścili dłonie wzdłuż ciała, przegrany również zaczął się śmiać. A cały tłum ludzi wlepiał w nich wzrok wielkich oczu. Większość miała pootwierane szeroko usta ze zdziwienia. &lt;br /&gt;Ja tymczasem uśmiechnęłam się pod nosem, widząc, że chociaż ci mężczyźni byli inni. Rozejrzałam się, po małej dziewczynce nie było jednak śladu. Zniknęła. Ja natomiast zeskoczyłam z drzewa i weszłam w gąszcz drzew lasu, znikając powoli między nimi. Przez chwilę słyszałam jeszcze śmiechy ludzi, potem pozostały tylko same odgłosy natury... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;hr&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Pisane do gazetki szkolnej, dla pani od historii.&lt;/i&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5934724136550603084-6492852807885786563?l=my-tales-and-poems.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/feeds/6492852807885786563/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2010/12/przygoda-w-tawernie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/6492852807885786563'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/6492852807885786563'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2010/12/przygoda-w-tawernie.html' title='Przygoda w tawernie'/><author><name>Raven_Uchiha</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05446459197591522178</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_Do6SjbdX36Y/TFheFyXak2I/AAAAAAAAAB4/e5SWC45gL5Q/S220/Raven+Uchiha+(huh).bmp'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5934724136550603084.post-5175477833743799754</id><published>2010-12-18T14:23:00.000+01:00</published><updated>2010-12-18T14:23:13.607+01:00</updated><title type='text'>Chciałabym</title><content type='html'>&lt;b&gt;Chciałabym&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chciałabym,&lt;br /&gt;By wszystko było dobrze.&lt;br /&gt;Chciałabym,&lt;br /&gt;Ale tak być nie może.&lt;br /&gt;Zawsze nie tak coś pójdzie.&lt;br /&gt;Coś zniknie, coś się zepsuje.&lt;br /&gt;Czy świat nie byłby lepszy,&lt;br /&gt;Gdyby nie było nieszczęścia?&lt;br /&gt;Smutku?&lt;br /&gt;Żalu?&lt;br /&gt;Cierpienia?&lt;br /&gt;Więc dlaczego to wszystko musi być?&lt;br /&gt;By ludzie naprawdę cieszyli się i mogli szczęśliwie żyć?&lt;br /&gt;Doceniając to nikłe szczęście,&lt;br /&gt;Które im dano?&lt;br /&gt;Przez moment w oknie pokazane.&lt;br /&gt;A potem brutalnie,&lt;br /&gt;Zabrane...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;hr&gt;&lt;br /&gt;Kolejny wiersz. Akurat napisałam go teraz. Musiałam się jakoś odstresować.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5934724136550603084-5175477833743799754?l=my-tales-and-poems.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/feeds/5175477833743799754/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2010/12/chciaabym.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/5175477833743799754'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/5175477833743799754'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2010/12/chciaabym.html' title='Chciałabym'/><author><name>Raven_Uchiha</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05446459197591522178</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_Do6SjbdX36Y/TFheFyXak2I/AAAAAAAAAB4/e5SWC45gL5Q/S220/Raven+Uchiha+(huh).bmp'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5934724136550603084.post-7232348950825906189</id><published>2010-12-18T14:18:00.002+01:00</published><updated>2010-12-18T14:23:42.859+01:00</updated><title type='text'>The end of me</title><content type='html'>&lt;b&gt;The end of me&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;I will go away from you tomorrow.&lt;br /&gt;Now, I am between delight and sorrow.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Still hour, still day.&lt;br /&gt;Because, It is the end of this, but start a new way,&lt;br /&gt;I don't come back.&lt;br /&gt;And in my heart is big crack.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Deep in my heart - Hole.&lt;br /&gt;Love - I can not.&lt;br /&gt;My dark soul,&lt;br /&gt;Sailing in life boat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;hr&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Napisałam jakiś czas temu wiersz po angielsku, ale dopiero teraz daję. I dzisiaj jeszcze poprawiałam niektóre rzeczy. Wiem jednak, że i tak są jakieś błędy, na pewno, bo nie umiem angielskiego aż tak wspaniale. Ale mam nadzieję, że się podoba. &lt;/i&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5934724136550603084-7232348950825906189?l=my-tales-and-poems.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/feeds/7232348950825906189/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2010/12/end-of-me.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/7232348950825906189'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/7232348950825906189'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2010/12/end-of-me.html' title='The end of me'/><author><name>Raven_Uchiha</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05446459197591522178</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_Do6SjbdX36Y/TFheFyXak2I/AAAAAAAAAB4/e5SWC45gL5Q/S220/Raven+Uchiha+(huh).bmp'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5934724136550603084.post-6374600169681367801</id><published>2010-12-18T14:12:00.001+01:00</published><updated>2010-12-18T14:12:39.022+01:00</updated><title type='text'>Klątwa</title><content type='html'>Był pochmurny i burzliwy dzień. Wiatr mocno powiewał koronami drzew w elfim lesie. Na niebie kłębiły się ciemno szare chmury, zbierało się na potężną burzę. &lt;br /&gt;Elfia księżniczka, córka królowej elfów niespokojnie przechadzała się po swoim pokoju, bezszelestnie stąpając po drewnianej podłodze. Co jakiś czas podchodziła do okna i wychylała się przez nie, nerwowo spoglądając na okolicę. Gdy to robiła zawsze ktoś zwracał jej uwagę, szczególnie jej brat, który siedział pod drzewem w ogrodzie, niedaleko jej okna. Elfka wychyliła się już dziesiąty raz w ciągu godziny. Spojrzała na niebo.&lt;br /&gt;– Hej! Illumielle wścieknie się jak ten wiatr cię gdzieś zwieje! –  zakrzyknął brat dziewczyny.&lt;br /&gt;– Nic mi się nie stanie! – odparła krzycząc, musiała, ponieważ przez wiatr nic nie było słychać.&lt;br /&gt;Elfka schowała się do środka, zamykając za sobą okno. Czas strasznie się jej dłużył, oczekiwała swojej matki, której chciała coś ważnego powiedzieć, a nie zgodziła się na żadnego posłańca. Podeszła do lustra. W nim odbijała się postać jasnowłosej elfki z zaostrzonymi końcówkami uszu. Twarz jej była smukła i ładna, a zielone jak świeża trawa oczy błyszczały niekiedy. Jej jasne i delikatne usta poruszały się – śpiewała. Pieśń elfki była spokojna i cicha, jednak czuło się w niej coś niezwykłego. Dziewczyna wyglądała na wiek około piętnastu lat. Przeczesała dłonią włosy. Przyglądając się sobie uważniej dotknęła dziwnego jasnego śladu na szyi. Nie wiedziała skąd się wziął. Nie pamiętała nic z dni dzieciństwa, a wtedy na pewno się pojawił. Przestała śpiewać i usiadła na łożu.&lt;br /&gt;– Hmm... Ciekawe kiedy mama przyjdzie. – powiedziała sama do siebie.&lt;br /&gt;Elfka rozglądnęła się po swojej pięknej komnacie, po czym utkwiła wzrok w swoich bosych stopach.&lt;br /&gt;Nagle, po kilku minutach, do pokoju weszła wysoka kobieta, wyglądająca na około 20 lat, jednak dziewczynka wiedziała, że jej matka jest o wiele starsza. Elfy bowiem są nieśmiertelne, jednakże można je zabić. Elfia królowa zamknęła za sobą drzwi i podeszła do córki. &lt;br /&gt;– Ariso. Kochana. Co chciałaś mi powiedzieć? – zapytała elfka o srebrnawych włosach, jasnej cerze i  tęczówkach złotych jak szczere złoto.&lt;br /&gt;– Mamo... – zaczęła Arisa, wtulając się w ramiona matki.&lt;br /&gt;Illumielle, uśmiechając się delikatnie, odwzajemniła uścisk, tuląc córkę.&lt;br /&gt;– Tak kochanie? – zapytała królowa.&lt;br /&gt;– Widziałam... widziałam coś złego... Coś bardzo złego... – powiedziała Arisa.&lt;br /&gt;Illumielle spojrzała na córkę ze zmartwieniem, wiedziała bowiem, że Arisa miała wizje przyszłości. Dosyć często od kiedy ma bliznę na szyi. Jednakże nie powiedziała nigdy dziecku skąd ją ma.&lt;br /&gt;– Co widziałaś Ariso? – zapytała cicho i z troską złotooka elfka.&lt;br /&gt;Dziewczyna spojrzała się na nią swymi zielonymi oczyma, objęła mocniej rodzicielkę i wtuliła się mocno. Obawiała się tego, bała się wspominać wizję. Zamknęła oczy i zacisnęła dłonie na ubraniu matki. Po policzkach spłynęły jej łzy.&lt;br /&gt;– Kochanie... – powiedziała ciepło do Arisy. &lt;br /&gt;– Mamo... Widziałam... Coś strasznego... Elfy... Z naszego lasu. Zginęły. Wszędzie krew. Martwe ciała. Wszystko zniszczone... Chaos, śmierć. – wykrztusiła jednym tchem zielonooka elfka, szlochając i z trudem mówiąc przez płacz.&lt;br /&gt;Illumielle otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia. Przestraszyła się trochę. Albowiem zawsze troszczyła się o swój lud. Przytuliła mocniej do siebie swoją córkę i obejmując czule, przymknęła oczy.&lt;br /&gt;– Córeczko... Nie martw się... Zawsze można zmienić przyszłość. – rzekła cichym i ciepłym głosem królowa elfów.&lt;br /&gt;– Ale mamo... – Arisa mówiąc to, spojrzała podpuchniętymi oczami od płaczu na Illumielle.&lt;br /&gt;– Wszystko będzie dobrze. – zapewniła.&lt;br /&gt;Wtedy do drzwi komnaty ktoś zapukał, po czym w otwieranym wejściu królowa i księżniczka zobaczyły czarnowłosego elfa o dzikich rysach i jasno brązowych oczach. Elf ubrany był na czarno. Na sobie miał lekką zbroję, a na tym długą opończę. Po lewym boku znajdowała się ciemna z osadzonymi na niej kilkoma szafirami pochwa, a w niej miecz. Chłopak spojrzał na przytulające się Illumielle i Arisę. &lt;br /&gt;– Przepraszam najmocniej. – przeprosił grzecznie czarnowłosy elf.&lt;br /&gt;– Nic się nie stało, Lan... – powiedziała królowa, zwracając się do gościa.&lt;br /&gt;Czarnowłosy patrzał na elfkę, odgarnął włosy ręką i powiedział:&lt;br /&gt;– Pani, cały las jest w niebezpieczeństwie. Zbliża się potężna burza. Jedno z miast zostało już zniszczone, całkowicie... Ale większość przeżyła. Niektórzy są ranni.&lt;br /&gt;Illumielle wstała gwałtownie.&lt;br /&gt;– Co?! – popatrzała na Lana z przestrachem.&lt;br /&gt;– To co słyszałaś, jaśnie pani. – odparł cicho.&lt;br /&gt;Spojrzała na córkę, po czym zwróciła się do Lana.&lt;br /&gt;– Musimy ich jakoś wspomóc! Zwołaj oddział i niech eskortują oni ocalałych z tych ruin. Szybko! – powiedziała.&lt;br /&gt;– Tak jest, pani. – odpowiedział czarnowłosy elf i wybiegł pędem z komnaty Arisy. &lt;br /&gt;Jego krok był niesłyszalny dla nikogo. Królowa elfów spojrzała się na swoje dziecko z lekkim, ale też zmęczonym uśmiechem.&lt;br /&gt;– Kochanie... Później się jeszcze zobaczymy. Obowiązki... – rzekła cicho.&lt;br /&gt;– Do zobaczenia, mamo. – Arisa wstała i ucałowała matkę w policzek.&lt;br /&gt;Illumielle bardzo zmartwiona wyszła z pomieszczenia i ruszyła do sali obrad, gdzie ona i Starsi mieli uzgodnić co robić dalej. Każdy z elfów wiedział, że ta burza, która nadchodziła teraz, była tą, którą zapowiedziała Najwyższa Prorokini tuż przed swą śmiercią.&lt;br /&gt;– „Dzieje się dokładnie tak samo jak w wizji Najwyższej Prorokini”. – pomyślała królowa nadal idąc.&lt;br /&gt;Władczyni weszła do sali i usiadła na swoim miejscu. Tymczasem na pozostałych siedziało już trzynastu Starszych.&lt;br /&gt;– A więc, obrada otwarta. – powiedziała Illumielle donośnym głosem, by wszyscy usłyszeli.&lt;br /&gt;Wszyscy Starsi zwrócili swe spojrzenia w kierunku elfiej władczyni. Powstał jeden z nich. Miał białe włosy i szarozielone oczy, ubrany był w długą do ziemi szatę, a na jego palcu serdecznym prawej reki widniał pierścień z dziwnym znakiem wyrytym na nim.&lt;br /&gt;– Królowo, co postanowimy w sprawie przepowiedni poprzedniej Najwyższej Prorokini? Wszyscy z nas wiedza, że spełnienie się zbliża. To nieuniknione. – powiedział. &lt;br /&gt;– Po to się zebraliśmy, by to przedyskutować, Sekuto. – odpowiedziała Illumielle.&lt;br /&gt;Wszyscy patrzeli na nią z uwagą. Sekuto usiadł, tymczasem powstał inny elf. Wyglądał na nieco starszego, miał szare włosy i tego samego koloru oczy. Na jego twarzy widać było kilka zmarszczek. Postawa elfa wydawała się dumna i wyniosła.&lt;br /&gt;– Pani, czy w przepowiednię nie jest zamieszana też twoja córka? – zapytał.&lt;br /&gt;– Istotnie. Jest w to wciągnięta, Farenie, gdyż otrzymała Znamię Wybranych po śmierci Najwyższej Prorokini. – powiedziała królowa elfów. &lt;br /&gt;Starsi zaczęli szeptać coś między sobą, co jakiś czas spoglądając na stojącego elfa i Illumielle. &lt;br /&gt;– Cisza! – powiedział donośnym głosem muskularny elf, ale wyglądający na bardzo starego oraz mężnego i silnego.&lt;br /&gt;– Farenie, masz coś jeszcze do powiedzenia? – spytał się drugiego stojącego elfa.&lt;br /&gt;– Nie, przyjacielu. – usiadł i wpatrzył się w Starszego, który uciszył towarzystwo.&lt;br /&gt;Muskularny elf przeczesał dłonią swe płomiennego koloru włosy, z gdzieniegdzie szarymi pasmami. Spojrzał się na Illumielle i położył dłonie na stole, opierając się.&lt;br /&gt;– Pani... Wiadomo, że oprócz twej córki, Arisy, są jeszcze w to zamieszane inne nasze dzieci, a jest ich trzynaście. Nie wydaje mi się żeby był to zbieg okoliczności, że ich jest tyle samo co nas, tutaj zebranych. – powiedział.&lt;br /&gt;Królowa cały czas patrzała uważnie na płomiennowłosego. &lt;br /&gt;– Muellu... Ale czyż przepowiednia nie mówi, że z czternaściorga pozostanie jedno? – zapytała.&lt;br /&gt;– Tak, ale nie wiemy dokładnie o co chodzi w przepowiedni, pani. – odrzekł elf.&lt;br /&gt;Tymczasem powstała dosyć niskiego wzrostu elfka, miała jasno brązowe włosy, oczy jej były nieco ciemniejsze. Cerę miała nieskazitelną i nie tak bladą jak innych. Kobieta ubrana była również w długą szatę, ale koloru jasno zielonego.&lt;br /&gt;– Panie Muellu, czy mógłby mi pan zezwolić na wtrącenie pewnej informacji? – zapytała troszkę nieśmiałym głosem do płomiennowłosego.&lt;br /&gt;– Oczywiście, Mirando. – powiedział i usiadł, patrząc na nią.&lt;br /&gt;Miranda stała, patrząc teraz na Illumielle. W ręce trzymała kartkę, ale w ogóle na nią nie zerkała. Jej włosy lśniły w świetle. Rozglądnęła się po zgromadzonych po czym przemówiła.&lt;br /&gt;– Otóż... Ja i moi podopieczni mieliśmy znaleźć informacje na temat dla nas tu zebranych ważny. Szukaliśmy i znaleźliśmy pewne stare zapiski naszych przodków, których nie mogliśmy odczytać. Jednakże... Nasze poszukiwania nie spełzły na niczym. Udało nam się skontaktować z elfim krajem z lasu Minlünear, tam polecili nam pół elfa, pół człowieka, który tłumaczył podobne rękopisy. – Jakiś elf odchrząknął trochę zniecierpliwiony.&lt;br /&gt;– Ale do rzeczy. Owe zapiski opowiadały o historii różnych Najwyższych Proroków i Prorokiń, a także zawierały informacje dotyczące Rady Proroków, każdego z nich. Dowiedzieliśmy się z nich, że co tysiąc lat wybierany zostaje nowy Najwyższy i jego rada. A dzieje się tak ze względu na klątwę. Jeżeli się nie uda to pokolenie o wszystkim zapomina i żyje jakby od początku. – Z miejsca wstał Faren, gdy to zrobił jego szata zafalowała, a oczy błysnęły. Patrzał na elfkę.&lt;br /&gt;– Nie uda? Ale co ma się nie udać? Coś nam grozi? To niedorzeczne, czemu o tym nic nie wiemy? – zapytał.&lt;br /&gt;– Jak już mówiłam, jeżeli się nie uda, to potem nikt nic nie pamięta. Żyje się od nowa, można tak powiedzieć... I dlatego też nic nie wiemy, Farenie. – powiedziała.&lt;br /&gt;Nagle wstała wysoka elfka w ciemnoniebieskiej szacie. Jej blond włosy falowały podczas wstawania. Spojrzała swymi niebieskimi oczyma na elfkę wygłaszającą swe odkrycia.&lt;br /&gt;– Zgadzam się z Farenem. W to trudno jest uwierzyć. Mirando, skąd wiesz, że nie napisał tego jakiś zgrzybiały starzec bez piątej klepki? – zapytała, wyraźnie oczekując odpowiedzi. Uderzała energicznie palcami prawej ręki o powierzchnię stołu.&lt;br /&gt;Illumielle spojrzała znacząco na elfkę Mirandę, a ta usiadła. Popatrzyła potem na stojącego elfa i on też zajął swe miejsce. Następnie zwróciła swój wzrok na elfią kobietę o blond włosach.&lt;br /&gt;– Shariono... Czy uważasz, że ktoś mógłby  napisać coś takiego po to by oszukiwać? Nie miałoby to większego celu i sensu... Wszystko może być wiarygodne... Rozumiem twe zachowanie, wiem iż wychowywałaś się wśród ludzi, masz do nich podobny charakter. Wydaje mi się jednak, że znaleziska Mirandy są dosyć prawdopodobne. I z pewnością zawierają choć trochę prawdy. – rzekła królowa.&lt;br /&gt;Przekonana Shariona usiadła na krześle i spojrzała na Mirandę.&lt;br /&gt;– Nie mam nic więcej do powiedzenia – odpowiedziała cicho.&lt;br /&gt;– Mirando, czy wiesz coś jeszcze? – zapytała Illumielle.&lt;br /&gt;– Tak pani... Otóż, jak mówił pan Muelll, wszystkich dzieci naznaczonych piętnem proroków jest czternaścioro. Jedno z nich zostanie Najwyższym Prorokiem, a pozostali... Zasiądą w nowej Radzie Proroków. Z zapisków wiemy również, iż przybędzie czternaścioro wrogów... I zadaniem dzieci jest im przeciwstawienie się przy pomocy wizji i umiejętności.. jeżeli przegrają... Nastąpi... Sami już wiecie. – powiedziała i usiadła, wpatrując się w pozostałych elfów. &lt;br /&gt;Nastała cisza... &lt;br /&gt;Po trzydziestu minutach narad i rozmów, postanowiono, że zgromadzą wszystkie dzieci i powiedzą im o wszystkim oraz dadzą im wspólne miejsce zamieszkania. Starsi i królowa rozeszli się i powrócili do swoich zajęć. Każdy miał dużo do zrobienia, a nie pozostało wiele czasu.&lt;br /&gt;Wkrótce nastała noc. Gwiazd na niebie nie było widać, gdyż chmury zasłaniały je. Gdzieniegdzie rozbłyskało światło piorunów, ale było to na tyle daleko, że stolica nie miała się na razie czego obawiać. Godzinę przed północą ze stolicy lasu królowej Illumielle wymaszerowały grupy elfów, które miały za zadanie pomóc poszkodowanym ze zniszczonego miasta, zwanego Elgane. Wśród nich znajdowały się elfy wojownicy, silni i muskularni, a także medycy i kilku magów. Na czele ich stał elf dowódca, który nimi kierował. Większość jechała na koniach, pięknych i dostojnych zwierzętach z gracją, a niektórzy siedzieli na wozach zaprzężonych w konie, ale była to zdecydowana mniejszość. Wozy były im potrzebne, gdyż musieli jakoś przenieść rodaków z Elgane.&lt;br /&gt;Po odnalezieniu wszystkich, wrócili do Natheminone, stolicy tego lasu elfów. Tam poszkodowanie otrzymali kwatery mieszkalne, a naprawdę ciężko ranni zostali przetransportowanie do szpitala, by najlepsi medycy mogli się nimi zająć. Wszystko na jakiś czas uspokoiło się.&lt;br /&gt;Arisa leżała na łożu, na plecach z rozłożonymi rękoma. Jej blond włosy rozrzucone były w różnych kierunkach na pościeli. Elfka leżała i czekała na matkę, była wyraźnie zamyślona. Co jakiś czas przymykała oczy na dłużą chwilę, po czym je otwierała i znowu patrzała w sufit. Było dosyć wcześnie nada ranem, dziewczyna nie mogła zasnąć, ponieważ gdy tylko zamykała oczy widziała kształt, przypominający znamię na jej szyi, zalany krwią. Była śpiąca, ale bała się zasnąć. Nie chciała widzieć tego znaku. Ktoś zapukał do drzwi po czym nacisnął klamkę. Elfka usiadła, podpierając się rękoma za plecami, po czym spojrzała się w stronę wejścia do komnaty. Drzwi po chwili otworzyły się, a w nich stała Illumielle. &lt;br /&gt;– Mamo? – zapytała, przecierając oczy, jednak dobrze wiedziała, że to jej matka, tylko ona puka w tak charakterystycznie.&lt;br /&gt;– Tak skarbie, to ja. – Illumielle weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. Podeszła do łóżka i usiadła obok córki.&lt;br /&gt;Dziewczyna popatrzała na swoją matkę zaspanym wzrokiem, odgarnęła włosy z twarzy.&lt;br /&gt;– Ariso... Nie mogłaś zasnąć? – zapytała.&lt;br /&gt;– Nie mamo... Nie mogłam... I nie mogę. – dziewczynka cichutko westchnęła. &lt;br /&gt;Królowa elfów delikatnie ułożyła córkę na łóżku i sama położyła się obok niej, po czym przytuliła ją lekko.&lt;br /&gt;– Postaraj się zasnąć, musisz odpocząć. – powiedziała.&lt;br /&gt;Arisa wtuliła się w matkę, a jej oczy zaczęły się same powoli zamykać. Nie minęło kilka minut, a spała. Jej rodzicielka po krótkim czasie również zasnęła, tuląc nadal córkę. Spały tak przytulone do siebie. W komnacie panowała cisza tak, że słychać było tylko oddechy elfek. Każda z nich wyglądała uroczo, śpiąc.&lt;br /&gt;Była dziewiąta rano, gdy Arisa leniwie i powolnie otworzyła oczy. Najpierw spostrzegła, ze jej matka nadal leży obok niej. Spojrzała na Illumielle, zaspanymi oczkami.&lt;br /&gt;– Dzień dobry, mamo... – przeciągnęła się powoli i rzuciła wesoły uśmiech w stronę złotookiej elfki.&lt;br /&gt;– Och... Obudziłaś się już. – królowa uśmiechnęła się i usiadła na łóżku, obok leżącej jeszcze Arisy.&lt;br /&gt;– Mamo, nie powinnaś już wypełniać swoich obowiązków królowej elfów? – zapytała, patrząc na nią.&lt;br /&gt;Illumielle odgarnęła kosmyk włosów z twarzy, popatrzyła na swą córkę.&lt;br /&gt;– Właściwie nie, na razie. Poza tym... Córeczko... Muszę jeszcze ci o czymś ważnym powiedzieć. – elfka znowu położyła się obok córki.&lt;br /&gt;– Co takiego, mamo? – spytała Arisa.&lt;br /&gt;– Bo widzisz... – zaczęła, po czym dotknęła znamienia na szyi dziewczyny.&lt;br /&gt;Księżniczka zadrżała pod wpływem dotyku matki, popatrzyła się na Illumielle.&lt;br /&gt;– Wiesz skąd mam ten znak, prawda? – zapytała cicho, ale znała już odpowiedź.&lt;br /&gt;– Tak kochanie... - pogłaskała delikatnie znamię. – Żadne dziecko mające to, ani też inne elfie dzieci nie znają znaczenia owego znaku... – cofnęła rękę i przytuliła Arisę do siebie.&lt;br /&gt;– Rozumiem, mamo, że nie mogłaś mi o tym powiedzieć wcześniej... – wtuliła się w nią.&lt;br /&gt;– Dziękuję... Widzisz... To jest Znamię Wybranych, albo jak wolisz... Znamię Najwyższej Prorokini, Ariso. Oprócz ciebie, ma je jeszcze trzynaście innych elfich dzieci. Jedno dziecko z czternaściorga zostaje Najwyższym Prorokiem, natomiast pozostali zasiadają w Radzie Proroków i pomagają temu najwyższemu. &lt;br /&gt;– Mamo... Czyli chcesz powiedzieć, że jednak nie będę mogła objąć tronu... Tak jak chciałaś? – zapytała ze smutkiem w głosie.&lt;br /&gt;Patrzały przez kilka chwil ma siebie nawzajem. Nagle niedokładnie zamknięte ono otworzyło się pod wpływem silnego wiatru. Illumielle wstała szybko i zamknęła je pospiesznie, gdyż zrobiło się zimniej. Gdy to zrobiła wróciła do łóżka, a Arisa okryła je obie kołdrą, by nie było im zimno. Dziewczyna patrzała na matkę swymi zielonymi oczyma.&lt;br /&gt;– Teraz możesz dalej opowiadać, mamo.&lt;br /&gt;– Tak... A więc... Nie... Nie będziesz raczej mogła. Tron będzie musiał objąć twój starszy brat.&lt;br /&gt;Elfka wytłumaczyła wszystko swojej córce po kilkunastu minutach. Potem leżały jeszcze przez godzinę, a następnie zaczęły szykować się do wyjścia na zebranie, w którym będą uczestniczyć elfie dzieci ze znamieniem, gdzie wszystko im wytłumaczą.&lt;br /&gt;Arisa i Illumielle szły właśnie dziedzińcem pałacu, w stronę miejsca, gdzie miało się odbyć zebranie. Cały czas dął silny i porywczy wiatr. Obu elfkom trudno się szło. Niebo nad lasem cały czas było pochmurne. Nie minęło kilka minut drogi, a zaczął padać deszcz.&lt;br /&gt;– „No pięknie”. – pomyślała Arisa.&lt;br /&gt;– Tylko tego brakowało, będziemy przemoczone od stóp do głów jak tam dojdziemy. – powiedziała złotooka do zielonookiej.&lt;br /&gt;– Masz całkowitą rację, mamo. – westchnęła dziewczyna.&lt;br /&gt;Szły dalej. Po kilkunastu minutach doszły na miejsce. Obie były strasznie przemoczone. Prócz nich, inni również tak wyglądali. Zaprowadzono je do dużej i przytulnej sali z pięknymi zdobieniami i rzeźbieniami. Pośrodku stał dosyć sługi stół, a przy nim znajdowały się zajęte już krzesła, oprócz trzech ostatnich. Na samym początku miała usiąść królowa, po lewej stronie zasiadała Rada Proroków, jednakże jedno miejsce przy samej królowej było puste. Tam powinna siedzieć Najwyższa Prorokini.. Po prawej stronie natomiast siedzieli wybrańcy. Wśród nich znajdowało się osiem elfek i sześcioro młodych elfów, dzieci. Każdy miał znamię w innym miejscu, więc nie było go widać w większości. Illumielle usiadła na miejscu, królowej, a Arisa usiadła na ostatnim wolnym, po stronie wybrańców. A pozostało tylko to najbliżej matki. Dziewczyna przeleciała wzrokiem po wszystkich zebranych. Nagle jej matka powstała i spojrzała na wszystkie elfy siedzące przy stole. Złotooka elfka przemówiła do zebranych, zwłaszcza do tych po prawej, a jej lewej stronie. Kobieta tłumaczyła wszystko od początku do końca. Arisa dowiedziała się z przemowy swej matki między innymi tego, że powinni chronić siebie nawzajem, gdyż nigdy nie wiadomo kto zostanie Najwyższym Prorokiem. Tylko ten co posiada jego moc może pokonać, tych którzy będą próbowali przeszkodzić w celu wybrańców. Dzięki swej mocy może spełnić jedno życzenie, dzięki któremu pokona wrogów. Zielonooka elfka popatrzyła na pozostałych wybrańców. &lt;br /&gt;– „Ciekawe, kto z nas ma tą moc”. – pomyślała wtedy.&lt;br /&gt;W końcu spotkanie dobiegło końca. Przydzielono im dwuosobowe komnaty, w których mieli odtąd mieszkać. Arisa wstała od stołu ostatnia i pożegnała się z matką, po czym udała się do przydzielonej jej komnaty. &lt;br /&gt;– „Ciekawa jestem z kim będę dzielić pokój”. – zaczęła się zastanawiać nad tym pytaniem. Nie wiedziała bowiem z kim będzie dzielić miejsce zamieszkania. Miała jedynie nadzieję, że nie z jakimś chłopakiem. Byłoby to dosyć kłopotliwe i dziwnie by się czuła. &lt;br /&gt;– „Z chłopakiem w pokoju? To trochę... Chyba jest niewyobrażalne”. – pomyślała, idąc dalej.&lt;br /&gt;W końcu jednak dotarła do drzwi jej komnaty, stała chwilkę przed nimi i po krótkiej chwili popchnęła delikatnie wejście. W tym samym czasie jakiś chłopak chciał otworzyć drzwi, przez co Arisa wpadła na niego i razem runęli na ziemię. Elf na podłodze, a elfka na nim. Spojrzała na niego, miał ciemnoszare oczy i czarne, dosyć krótkie włosy, jego spiczaste uszy dekorowały dwa srebrne, okrągłe kolczyki. Twarz miał lekko zaokrągloną, a jego karnacja była trochę ciemniejsza niż jej. Chłopak również przyglądał się zielonookiej elfce.&lt;br /&gt;– „Matko... Mam mieć z nim pokój?” – przez jej umysł przeszło takie pytanie, wstała szybko z elfa. –Przepraszam najmocniej. – powiedziała z lekkim zakłopotaniem.&lt;br /&gt;Wtedy zobaczyła elfkę siedzącą na jednym z łóżek. Miała krótkie, ciemnobrązowe włosy do ramion, jaśniały niekiedy w świetle, ich barwa przypominała kolor gorzkiej czekolady. Jej niesamowitego odcienia niebieskiego oczy zwróciły się ku niej. Dziewczyna patrzała na Arisę.&lt;br /&gt;Tymczasem chłopak wstał i przepraszając, wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.&lt;br /&gt;– Widzę, że poznałaś mojego przyjaciela, Ariso. – nieznajoma patrzała na elfkę z uśmiechem, zaśmiała się wesoło.&lt;br /&gt;Wstała i podeszła do przybyłej dziewczyny.&lt;br /&gt;– Cześć. Jestem Sheena. – wyciągnęła w jej stronę energicznie rękę. &lt;br /&gt;Elfia księżniczka wysunęła rękę w kierunku ciemnowłosej dziewczyny i uścisnęła jej dłoń.&lt;br /&gt;– A...A ja nazywam się Arisa. Ale to już chyba wiesz, prawda? – uśmiechnęła się nieśmiało, patrząc na Sheenę.&lt;br /&gt;– Tak! Tak! Jasne. - powiedziała energicznie z wesołym uśmiechem. – Miło mi cię poznać. Jak wspaniale się złożyło, ze będziemy miały razem pokój. Z innymi dziewczynami nie chciałabym mieć.... Jakieś dziwne są. Ale w tym gorszym sensie. - uśmiechnęła się delikatnie.&lt;br /&gt;– O... A dlaczego akurat ja? Dlaczego na przykład z tym chłopakiem nie chciałabyś mieszkać? – zapytała  dopiero co poznaną elfkę.&lt;br /&gt;– Ooo! To nie wiesz? Nie wiesz, że chłopcy mają z chłopakami, a dziewczyny z dziewczynami? – powiedziała.&lt;br /&gt;– Nie. Nie wiedziałam... – rzekła cicho Arisa.&lt;br /&gt;– Och. No to już wiesz! – uśmiechnęła się szeroko do Arisy. – No dobra, nie stójmy tak, zaraz nogi zaczną nas boleć. - Sheena złapała ją za rękę i poprowadziła do łoża przeznaczonego dla niej. - To będzie twoje, dobrze? - uśmiechnęła się. - A tamto moje.&lt;br /&gt;– Tak, jasne. Obojętnie. I tak są takie same. Ale nie odpowiedziałaś mi jeszcze na pytanie dlaczego ja? – Arisa uśmiechnęła się do Sheen i usiadła po turecku na swoim łóżku. &lt;br /&gt;Dziewczyna na twarzy pojawił się tylko uśmiech, usiadła po tym na własnym łóżku, patrząc cały czas na nią.&lt;br /&gt;– Powiesz mi, Sheeno? Proszę powiedz. Ciekawa jestem. – powiedziała zielonooka.&lt;br /&gt;– No, bo wiesz. Ja mam tak, ze jak na kogoś spojrzę to od razu wiem, czy z daną osobą będzie mi dobrze. – uśmiechnęła się lekko. – Tylko nie rozum tego, jako tego, że oceniam po wyglądzie,bo tak nie jest. – dodała.&lt;br /&gt;Arisa popatrzała na elfkę w lekkim zdziwieniu.&lt;br /&gt;– Rozumiem. – delikatny uśmiech. – A może na razie usiądziesz na moim łóżku? Będzie nam lepiej się rozmawiało.&lt;br /&gt;– O! Jasne, że tak! Wspaniale! – wstała i podbiegła do łoża Arisy. Usiadła na nim.&lt;br /&gt;– Zawsze jesteś taka energiczna? – zapytała z uśmiechem.&lt;br /&gt;–Jasne, że tak! Ty jedyna chyba nie mówisz, że jestem dziwna. Chociaż tak jest w rzeczywistości. Ale co tam! Tak jest ciekawiej żyć! – zaśmiała się, patrząc na Arisę. &lt;br /&gt;Elfki zaczęły opowiadać o sobie nawzajem. Sheena dowiedziała się między innymi, że Arisa to córka królowej Illumielle, nie wiedziała tego wcześniej. Natomiast księżniczka elfów o wesołej i energicznej elfce dowiedziała się, że pochodzi z szanowanego rodu zajmującego się medyczną magią. Jak i również tego, że dziewczyna jest o rok starsza. Jednakże nie miało to wpływu na ich stosunki. Od razu się polubiły. Rozmawiały tak dosyć długo, prawie cały dzień. Nie poszył nawet na śniadanie i obiad. Cały czas siedziały na łóżku Arisy i opowiadały obie różne rzeczy o sobie i o innych. W końcu nadeszła pora kolacji. Dopiero się zorientowały, gdy do pokoju wszedł elf, na którego wcześniej spadła Arisa, i który powiadomił je o kolacji. Zielonooka elfka wiedziała już jak ma on na imię, a nazywał się Fardian. Elf, gdy im powiedział o posiłku, od razu po tym wyszedł i dołączył do swego nowego kolegi z pokoju. To też wiedziała od Sheeny. Obie elfki wyszły pięć minut później. Kiedy doszły do sali jadalnej wybrały miejsca obok siebie i zaczęły wypełniać puste brzuchy od rana smakowitymi daniami, przygotowanymi przez elfów kucharzy.&lt;br /&gt;Najadłszy się, opuściły salę i wróciły do ich wspólnej komnaty. Rozmawiały ze sobą jeszcze jakiś czas, po czym dosyć późną nocą poszły spać.&lt;br /&gt;Następnego ranka Arisa usiadła na swym łóżku, obudziwszy się, rozejrzała po pomieszczeniu. Spojrzała w kierunku łóżka Sheeny, stojącego nieco dalej, elfka spała jeszcze. Dziewczyna przeciągnęła się i wstała, a potem podeszła do okna i wyjrzała przez nie. Na zewnątrz nadal było ciemno.&lt;br /&gt;– „Zwiastun przepowiedni.” – pomyślała sobie, patrząc na prawie czarne niebo, mocno zachmurzone, mimo, że był dzień.&lt;br /&gt;Arisa przymknęła oczy, a stojąc tak jakiś czas zobaczyła coś dziwnego. Jakby błysk i wizja. Znamię na jej szyi zapiekło ją lekko, jak zwykle, gdy tak się działo.  Dziewczyna przygryzła wargę. Jednak nie mogła otworzyć oczu, wizja nadal trwała. Widziała las, ale z góry. Korony drzew niespokojnie kołysały się pod wpływem wiatru. I nagle z ciemnego nieba nad okolicą, padły pioruny, a było ich pięć. Każdy uderzył w innym miejscu. &lt;br /&gt;– N...Nie. – powiedziała cicho, ale nie była pewna, czy te słowa zabrzmiały tylko w jej głowie, czy też było to słyszalne również w rzeczywistości. &lt;br /&gt;Po chwili obraz się zmienił. Widziała teraz wszystko swymi własnymi oczyma. Stała w lesie, kiedy rozległ się głośny huk, a pioruny ponownie uderzyły w ziemię, z jeszcze większą siłą i tym razem utrzymywały się bardzo długo. Znajdowały się w tym samym miejscu, kiedy zderzyły się z ziemią po raz pierwszy.&lt;br /&gt;Arisa otworzyła gwałtownie oczy. Zauważyła, że klęczy na kolanach przy oknie. Podpierała się rękoma o ziemię. Oddychała dosyć szybko. A znamię przestało ją boleć. Spojrzała się lekko w górę i bok. Nad nią nachylała się Sheena, patrząca zmartwionym i przerażonym wzrokiem.&lt;br /&gt;– Arisa! Arisa! Wszystko w porządku?! – zapytała prawie krzycząc. Elfka kucnęła przy niej i położyła swoją dłoń na jej ramieniu. –Ariso? – powiedziała nieco spokojniej.&lt;br /&gt;Dziewczyna o zielonych oczach cały czas patrzała na Sheenę. Po chwili jej oddech uspokoił się i powiedziała cicho:&lt;br /&gt;– J-Już tak... Wszystko w porządku. Nic mi nie jest...&lt;br /&gt;Sheena chwyciła ją i pomogła jej wstać, a następnie położyła dziewczynę na łóżku i usiadła na jego krawędzi. Patrzała nadal zmartwiona na Arisę.&lt;br /&gt;– Co się stało? – zapytała, mówiąc nieco ściszonym głosem.&lt;br /&gt;–Wizja... – odrzekła równie cicho.&lt;br /&gt;– Ech... Rozumiem... Zawsze u ciebie jest to tak...&lt;br /&gt;– Bolesne? – zapytała Arisa, patrząc cały czas na Sheenę.&lt;br /&gt;– No właśnie... Tak jest zawsze? – jej niebieskie oczy skierowane były na zielonooką elfkę.&lt;br /&gt;Ta z kolei spróbowała usiąść, jednak nie udało jej się to. Była za bardzo osłabiona przez wizję.&lt;br /&gt;– Nie wstawaj. Odpocznij trochę. – uśmiechnęła się, lecz z nadal zmartwionym wzrokiem.&lt;br /&gt;– Nie martw się, Sheeno... Tak jest zawsze... Więc to nie takie nadzwyczajne. – powiedziała Arisa o dała sobie spokój z wstawaniem, układając się wygodnie na swoim łóżku. – Ty tak nie masz? - zapytała, spoglądając na nią.&lt;br /&gt;– Nie... Mnie tylko lekko piecze znamię. Nic więcej. Nie jest tak strasznie po wizji, jak u ciebie. – powiedziała Sheena. – Prześpij się lepiej, dobrze ci to zrobi. - poleciła.&lt;br /&gt;– No... Dobrze. – przymknęła lekko oczy.&lt;br /&gt;– Chcesz bym tu przy tobie posiedziała?&lt;br /&gt;– Jeżeli masz ochotę. Nie chcę, byś robiła coś wbrew sobie, Sheeno. – rzekła już powoli zasypiając.&lt;br /&gt;Elfka po kilku sekundach usnęła. Leżała wtulona w poduszkę. Sheena okryła ją kołdrą i popatrzyła na jej spokojną twarz, podczas snu. Siedziała przy nie j cały czas.&lt;br /&gt;W pewnym momencie do pokoju wszedł czarnowłosy elf, na którego wpadła Arisa podczas pierwszej wizyty w swej komnacie. &lt;br /&gt;– Ciii, Fardian... – spojrzała się na chłopaka, gdy tylko się pojawił.&lt;br /&gt;– Przepraszam. – popatrzył się na śpiącą Arisę. – Coś się stało, Sheeno? – zapytał szeptem.&lt;br /&gt;– Arisa miała wizję. Bardzo ją to wyczerpało. Powiedziałam jej, żeby odpoczęła. – odrzekła ściszonym głosem elfka. &lt;br /&gt;– Rozumiem. – szepnął Faridan. – Przyniosę wam śniadanie jak będę wracał.&lt;br /&gt;Niebieskookiej elfce właśnie zaburczało w brzuchu i to dosyć głośno.&lt;br /&gt;– Obiecuję, że się pospieszę. – zaśmiał się cicho i poszedł do sali jadalnej.&lt;br /&gt;– Arisa... – dziewczyna popatrzyła na współlokatorkę zmartwiona.&lt;br /&gt;Minęło kilka minut i chłopak wrócił z czymś do jedzenia. Wszedłszy do ich pokoju, postawił tacę na drewnianym stoliku. Uśmiechnął się do brązowowłosej.&lt;br /&gt;– Smacznego. – powiedział cicho. – Ja już pójdę. – wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.&lt;br /&gt;Sheena poczekała jeszcze pięć minut, ponieważ chciała zjeść z przyjaciółką. I dobrze zrobiła, Arisa otworzyła oczy po upływie tego czasu. Usiadła wtedy i popatrzyła się na niebieskooką lekko zaspanymi oczami. Czuła przyjemny zapach czegoś do jedzenia. Nie znała jednak owego zapachu. Chyba jeszcze nie jadła czegoś podobnego, co chwilę potem ujrzała na stoliku. &lt;br /&gt;– O! Obudziłaś się! – powiedziała z ulga Sheena, uśmiechając się przy tym do Arisy.&lt;br /&gt;– No... Tak. – powiedziała druga elfka.&lt;br /&gt;Obu im zaburczało w brzuchach jednocześnie i obie dziewczyny zaśmiały się z tego powodu.&lt;br /&gt;– Jak dobrze, że Fardian przyniósł nam duuużo jedzenia. – powiedziała niebieskooka.&lt;br /&gt;– Tak! Ale zaraz... Fardian tu był? – zapytała zielonooka, lekko się rumieniąc na samą myśl, że chłopak widział ją śpiącą.&lt;br /&gt;– Oczywiście! Chciał przyjść po nas tak, jak wczoraj na kolację. – wyjaśniła Sheena.&lt;br /&gt;Arisa i jej przyjaciółka zaczęły jeść przyniesione przez elfa śniadanie. Widać było, że smakowało im bardzo. Fardian wybrał dla nich najsmaczniejsze kąski. Gdy skończyły, chciały pójść odnieść tacę i naczynia, jednakże kiedy już wstawały, do drzwi ktoś zapukał. Do wnętrza komnaty weszła wysoka dziewczyna o długich, prostych i jasnych włosach. Na nosie miała okulary, wyglądała jak nauczycielka. Elfka ta podeszła lekkim krokiem do dziewczyn, a jej włosy falowały wtedy.&lt;br /&gt;– Słyszałam co się stało. – powiedziała zatrzymując się obok łóżka Arisy. – Potrzebujesz czegoś? – zwróciła się do zielonookiej elfki.&lt;br /&gt;– N-Nie... Nic mi nie potrzeba. Wszystko jest w porządku, proszę pani. – odpowiedziała swym łagodnym i spokojnym głosem.&lt;br /&gt;Sheena patrzała cały czas na gościa z uśmiechem.&lt;br /&gt;– Jest pani nauczycielką tutaj? – zapytała w końcu kobietę, nie mogąc wytrzymać z ciekawości, którą odziedziczyła po matce, a ta z kolei po swojej, czasami przez to wpadała w kłopoty, jednak zawsze wolała zaspokoić swą ciekawość.&lt;br /&gt;Ta uśmiechnęła się do młodych elfek i odgarnęła włosy, które opadły jej na twarz.&lt;br /&gt;– Tak. Nazywam się Ariadna. Uczę magii. Bowiem musicie ją poznać dobrze, gdyż wam się przyda. –powiedziała.&lt;br /&gt;– To zaszczyt panią poznać jeszcze przed lekcjami. – rzekła z grzecznością w głosie Arisa.&lt;br /&gt;– Wy się zapewne nazywacie Arisa i Sheena, prawda? – zapytała się ich.&lt;br /&gt;– Tak! Skąd pani wiedziała? – spytały jednocześnie obydwie, spojrzały na siebie nawzajem i zaśmiały się serdecznie ze swojej zgodności.&lt;br /&gt;– Mogę wam w czymś pomóc?&lt;br /&gt;– Ymm. Nie, nie trzema. – Odpowiedziały zgodnie.&lt;br /&gt;– To może wyniosę za was tacę? A wy tymczasem przygotujcie się do zajęć. Mamy razem pierwszą lekcję. – rzekła Ariadna.&lt;br /&gt;– Ah, naprawdę? Nie sprawi to pani kłopotu? Możemy same to zanieść. – powiedziała Sheena.&lt;br /&gt;– Ależ nie! Akurat idę do kuchni głównej. Mam po drodze. – odpowiedziała elfka nauczycielka. &lt;br /&gt;Kobieta podeszła do stolika i wzięła tacę oraz naczynia na niej, do rąk. Następnie ruszyła w stronę wyjścia. Stanęła w drzwiach i powiedziała:&lt;br /&gt;– Do zobaczenia! – elfka uśmiechnęła się lekko.&lt;br /&gt;– Do zobaczenia, pani Ariadno! – odrzekły dwie entuzjastycznie.&lt;br /&gt;Sheena i Arisa zaczęły szykować się do lekcji. Każda miała wygodne i dostosowane do ćwiczeni ubranie, gdyż na lekcjach magii nie tylko omawiało się zaklęcia, ale też ćwiczyło się używanie ich w praktyce. Arisa wyciągnęła ze swego kuferka na ważne i ciekawe książki, księgę magii. Był to podręcznik z jakich uczono się w normalnej szkole. Sheena trzymała już taką samą w ręku, gdy ona odeszła od bagażu. Zostało jeszcze dosyć dużo czasu do zajęć z magii.&lt;br /&gt;– Wiesz, nie wiedziałam, że będziemy miały jakieś zajęcia tutaj... Ale dobrze, że pomyślałam o moich książkach. – powiedziała z uśmiechem Arisa.&lt;br /&gt;– Och! Nie wiedziałaś? – zapytała Sheena. – Ale czy to nie oczywiste, że musimy się wiele nauczyć zostając tymi, którymi mamy zostać?&lt;br /&gt;–Właściwie , to prawda. Nie zastanawiałam się tak nad tym. – rzekła.&lt;br /&gt;Minęło kilkanaście minut i elfki wyszły z komnaty. Skręciły w lewo i ruszyły korytarzem. Był oświetlony białymi, świecącymi kryształami umiejscowionymi u jego sklepienia. Oddalone od siebie było o jakieś dwa metr. Ściany były kolory zmatowiałej zieleni. Natomiast sufit biały, a posadzka wykładana panelami z ciemnego drewna. Na podłodze ciągnął się długi dywan, biegnący aż do końca. Na ścianach niekiedy widniały obrazy przedstawiające postacie różnych elfów, ale też widniały na niej ciemne wzory jakby gałęzi drzew. Arisie szczególnie spodobał się malunek, przedstawiający siedzącego na kamieniu elfa w jaśniejącej, srebrnej i pięknej zbroi, którego miecz wbity był w ziemię, a ramię mężczyzny oparte było na jego rękojeści. Postać ukazana była na tle zielonej polany, oświetlonej złocistymi promieniami zachodzącego słońca. Tylko jedyne drzewo dawało cień na elfa. Przestała wpatrywać się w ten jeden obraz i przerzuciła wzrok na wzory na ścianie, niektóre odgałęzienia tych jakby gałęzi, posiadały tego samego koloru co one, liście. W dali, przed elfkami widniało duże okno, obramowane pięknymi i złotymi framugami. Pięknie by ono wyglądało w świetle słońca, jednak na zewnątrz było okropnie ciemno i mroczno. Co jakiś czas po obu stronach korytarza znajdowały się drzwi. Wejścia do komnat innych wybrańców.&lt;br /&gt;– Ou... Strasznie dużo tu miejsca. – stwierdziła po dłuższym czasie Sheena idąca cały czas obok Arisy.&lt;br /&gt;– Ym, prawda. – odrzekła druga elfka.&lt;br /&gt;Obie szły dalej. Po jakimś czasie doszły do owego okna, które widziały w dali. Rozejrzały się w prawo i w lewo. Po obu stronach znajdowały się drewniane schody. Jednak te na lewo prowadziły w górę, natomiast te po prawej szły w dół. Skręciły w prawo i zaczęły schodzić schodami. Po nich ponownie zaczęły iść korytarzem. Był bardzo podobny do poprzedniego tyle, że ten wydawał się nieco szerszy oraz po jego prawej stronie rozciągały się okna. Widać przez nie było na wiele mil las. Korony drzew tegoż lasu poruszały się gwałtownie, gdy mocny wiatr zaczynał powiewać. Burza nadal nie ustępowała, a tymczasem rosła w siłę. W dali widniały błyski piorunów, długich i przerażających swym ogromem. Gdy doszły do końca korytarza ujrzały schody prowadzące w dół. &lt;br /&gt;– Och! Tutaj jest jak w labiryncie! Naprawdę! – powiedziała Sheena, rozglądając się.&lt;br /&gt;– A mnie się wydaje, że już niedługo dojdziemy na miejsce. – rzekła spokojnie Arisa.&lt;br /&gt;– Zdaję się całkowicie na ciebie. Kręci mi się już w głowie od tego chodzenia. – powiedziała Sheena.&lt;br /&gt;– Oj. Lepiej nie zdawaj się na mnie za bardzo. Nie mam takiej orientacji w budynkach. Ale niedługo chyba powinnyśmy dojść.– mówiąc to, uśmiechnęła się do Sheeny. &lt;br /&gt;Elfki zeszły na dół. Znajdowały się prawdopodobnie na parterze, gdyż widać było to mniej więcej przez okna. Skręciły w korytarz w lewo. Widziały po bocznej ścianie, drewniane drzwi. Gdy do nich doszły, odczytały napis widniejący na tabliczce umieszczonej na wejściu.&lt;br /&gt;– „Sala magii”. – przeczytały sobie.&lt;br /&gt;Dziewczyny rozejrzały się, nikogo jednak już nie widziały. Sheena zapukała do drzwi trzy razy i otworzyła je. Zobaczyły dużą salę z przeróżnymi przedmiotami. Jedne duże, inne mniejsze. Po prawej stronie pomieszczenia znajdowały się pojedyncze ławki z krzesłami. Trzy były wolne. Lewa strona natomiast była bardziej pusta. Tam zapewne pokazywało się różne zaklęcia i podobne rzeczy. Na samym końcu sali stało piękne rzeźbione biurko z ciemnego drewna. Za nim znajdowało się pełno bibelotów różnej maści oraz kilka obszernych szafek, a także półka z książkami. Tam również znajdowały się drzwi i okna, prowadzące na zewnątrz. Zapewne dlatego, by szybciej wyjść na plac i pokazać bardziej złożoną i destrukcyjną magię. Na szczęście pani Ariadny jeszcze nie było, oznaczało to, że nie spóźniły się. Arisa i Sheena wybrały ławki niedaleko siebie. Niebieskooka siedziała w pierwszej ławce, a zielonooka dokładnie za nią. Jeszcze jedno miejsce pozostało puste. Było to to, które znajdowało się na samym końcu, najbliżej wolnego pola po lewej stronie. Sheena i Arisa siedziały w drugiej i trzeciej ławce przy samej ścianie. &lt;br /&gt;– „Ciekawe, kto do nas jeszcze dołączy”. – pomyślała Arisa.&lt;br /&gt;Po pięciu minutach do sali weszła nauczycielka, kobieta, którą poznały, gdy była u nich w pokoju. Elfka stanęła za biurkiem i przedstawiła się:&lt;br /&gt;– Nazywam się Ariadna Shermenti, pracuję tutaj jako nauczycielka magii... I będę was jej nauczać. Wszystko będziemy poznawać od początku, gdyż nie wszyscy tutaj zebrani uczyli się jej. &lt;br /&gt;Wybrańcy patrzyli uważnie na elfkę. Arisa słuchała, jednak jej głowę zaprzątała myśl o osobie, która powinna zająć puste na razie miejsce. Popatrzyła na pozostałe elfy.&lt;br /&gt;– „Ja, Sheena... Fardian, Kin... Jallen i Deg... Karmen, Tellena...” – zaczęła wymieniać imiona wszystkich po kolei.&lt;br /&gt;Arisa wiedziała, że kogoś brakuje, ale nie mogła domyślić się kogo. W końcu przestała nad tym rozmyślać i zaczęła jeszcze bardziej uważnie słuchać słów i wyjaśnień pani Ariadny.&lt;br /&gt;W pewnym momencie do sali wbiegł starszy wiekiem elf. Zielonooka widziała go już na początku, na zebraniu Rady Proroków i Wybrańców. Wydawała jej się dziwna jego obecność tutaj. Podświadomie wiedziała, że coś się stało. Miała takie odczucie, a prawie zawsze ono się sprawdzało.  Zwróciła spojrzenie ku swojej przyjaciółce, która już patrzała na nią. Obie ponownie skierowały wzrok na przybysza. &lt;br /&gt;– Zbliżają się! – krzyknął starzec. – I złapali jednego z uczniów! – powiedział donośnym i zszokowanym głosem.&lt;br /&gt;Nauczycielka popatrzyła z przestrachem w oczach na starego elfa. Po chwili podeszła do niego szybkim krokiem. &lt;br /&gt;– Nie ma dzisiaj Serafirusa. Czy to o niego chodzi? – zapytała Ariadna próbując ukryć zdenerwowanie i rozpacz.&lt;br /&gt;Drugi elf tylko pokiwał twierdząco głową. Pogładził swą dłonią kosmyk opadłych siwych włosów. Rozglądnął się po sali lekcyjnej i zwrócił swój wzrok ponownie na Ariadnę.&lt;br /&gt;– Musimy coś zrobić. Nie możemy tak tego zostawić. – powiedziała nauczycielka magii.&lt;br /&gt;– Tak. Coś wymyślimy. – odrzekł i ruszył bezszelestnym krokiem w kierunku wyjścia. &lt;br /&gt;Uczniowie popatrzyli po sobie, nic nie mówiąc. Byli poruszeni zaistniałą sytuacją. Siedzieli cicho.&lt;br /&gt;– No dobrze, zajmijmy się ponownie lekcją. – Ariadna mówiąc to, wróciła za biurko.&lt;br /&gt;Arisa nie mogła się skupić na zajęciach. Dobrze, ze już wszystko umiała z tej lekcji.&lt;br /&gt;– „Hmm... Serafirus” – pomyślała zielonooka elfa.&lt;br /&gt;Wiedziała bowiem, że skądś zna to imię, ale nie mogła sobie przypomnieć skąd. &lt;br /&gt;Minęła lekcja. Dziewczyna siedziała tak zamyślona dopóki Sheena, spakowawszy się podeszła do niej i pomachała jej dłonią przed oczyma. Arisa potrząsnęła głową, wyrywając się z zamyślenia.&lt;br /&gt;– Hej... Wszystko z tobą w porządku? – zapytała niebieskooka.&lt;br /&gt;– Tak. Oczywiście. Musiałam się zamyślić. – odpowiedziała, wstając z krzesła.&lt;br /&gt;Gdy Arisa spakowała się, razem wyszły z sali. Ruszyły w stronę klasy, w której miały mieć kolejną lekcję. &lt;br /&gt;Wszystkie zajęcia minęły im dosyć szybko, ale nieco nudno, gdyż obie już to przerabiały wcześniej. Oprócz nich jeszcze kilka osób wszystko wiedziało z powtórek. Sheena i Arisa wróciły po wszystkim do komnaty i padły na swoje łóżka wynudzone. Miały dzisiaj magię, historię, lekcję o środowisku, zielarstwo, alchemię, ćwiczenia fizyczne, zajęcia z walki wręcz oraz ze strzelania z łuku. Na wszystkich były same powtórki. Po chwili odpoczynku chciały wyjść na spacer, jednak, gdy zauważyły przez okno, że zaczął padać deszcz, zrezygnowały. Usiadły więc na łóżku Sheeny i zaczęły opowiadać sobie różne historie, jednocześnie rzeźbiąc figurki w kawałkach drewna. W międzyczasie odwiedził je Fardian, ale tym razem z Kinem. Chłopcy posiedzieli jakiś czas u dziewczyn. Nie przynieśli jednak żadnych nowych wieści o porwanym. W końcu razem wyszli na kolację. Gdy cała czwórka była już w sali jadalnej, usiedli niedaleko siebie i rozmawiali, posilając się przysmakami przyrządzonymi przez elfy pracujące w kuchni. Na stole nie było żadnych potraw zawierających mięso. Rasa elfów nie jadła mięsa, ponieważ trudno jest jeść coś z czym ma się do czynienia na co dzień.&lt;br /&gt;Dziewczyny wróciły późną porą do komnaty. Zanim zasnęły, grały przez kilka minut kartami w jedną z elfich gier. Dopiero potem ułożyły się w swoich łóżkach na spoczynek i zasnęły. Spały spokojnie przez całą noc. Rano wstały i spakowały się na zajęcia. A po śniadaniu udały się na nie.&lt;br /&gt;Dzień ten minął im dosyć dobrze. Jednakże nadal nie było żadnych wieści o Serafirusie. Wybrańcy nadal też nie wiedzieli czy coś w tej sprawie uczyniono. Dosłownie o niczym nie mieli pojęcia. Wiedzieli tylko to, o czym mówił członek Rady Proroków nauczycielce magii, Ariadne.&lt;br /&gt;Minął trzeci dzień od tamtego momentu i ciągle nic nie było wiadomo. Po zajęciach zjawili się u nich Fardian razem z Kinem. Powiadomili je, że Afrodite i jej współlokatorka Marie, chcą, by wszyscy wybrańcy zgromadzili się w ich komnacie. Arisa, Sheena oraz Kin i Fardian udali się razem na spotkanie. Kiedy minęło już kilka minut, stali przed wejściem do komnaty owych elfek. Kin podszedł do drzwi i delikatnie je pchnął, chcąc otworzyć je. Wcześniej oczywiście zapukał, ale chyba nikt nie usłyszał tego. W środku już znajdowało się kilka osób. Wśród nich była Afrodite, piękna elfka z wręcz złotawymi, długimi lokami do ud. Oczy miała równie złote co włosy. Gdy zobaczyła gości uśmiechnęła się promiennie i ich zaprosiła do środka. Na jednym z łóżek siedziała Marie, wysoka i dostojna elfka. Jej oczy i włosy były koloru czarnego, a jej cera zadziwiająco blada. Kosmyki opadały jej na ramiona. Wyglądała tak pięknie, siedząc nieruchomo i patrząc w okno. Do nikogo nic nie mówiła, na nikogo nie zwracała uwagi. Arisa i pozostali weszli tymczasem do pomieszczenia. Zielonooka rozglądnęła się, najpierw zobaczyła kolejną postać. Dziewczynę siedzącą  na krześle, postawionym przy łóżku. Miała długie do pasa, falowane, jasnobrązowe włosy i ciemnozielone oczy, połyskujące w świetle świec. Patrzała na elfy, które właśnie weszły. Była to Karmen. Obok niej, jednak na łóżku, prawdopodobnie łożu Afrodite, siedziała srebrnowłosa, średniego wzrostu elfka, wpatrująca się z delikatnym uśmiechem w Karmen swymi niebieskoszarymi oczyma. Rękoma opierała się za plecami o łóżko. Na szyi miała wisiorek ze srebrnym, dziwnym znakiem. Arisa wiedziała, że owa elfka nazywała się Tellana. Natomiast pod ścianą siedział elf o długich, prostych i czarnych włosach oraz jasnoniebieskich oczach. Rękę miał opartą o podkurczoną prawą nogę. Druga natomiast schowana była w kieszeni. Gdy elf poruszył głową, by spojrzeć na przybyszów, włosy zmieniły pozycję i ukazały bliznę przechodzącą przez jego lewe oko. Chłopak nazywał się Jallen. Z tego co wiedziała, był samotnikiem i nie lubił zbytniej uwagi zwracanej na niego. Często się kłócił z innymi. Wszyscy o tym wiedzieli.&lt;br /&gt;– Rozgośćcie się! – powiedziała Afrodite z serdecznym uśmiechem, witając gości.&lt;br /&gt;Arisa i Sheena usiadły obok siebie na łóżku Marie. Jednak ta nawet nie zwróciła na nie uwagi, dalej wpatrywała się w widoki za oknem, jakby widziała tam coś, czego inni nie widzą. Chłopacy tymczasem usiedli na krzesłach rozłożonych przy stoliku.&lt;br /&gt;– Dobrze... Jeszcze cztery osoby muszą dojść. – powiedziała Afrodite, siadając na parapecie okna, znajdującego się przy jej łóżku.&lt;br /&gt;Nie minęło pół godziny, a do komnaty wkroczyli pozostali wybrańcy., oczywiście nie licząc porwanego Serafirusa. Wśród elfów był Deg, współlokator Jallena. Uroczy chłopak o promienisto żółtych włosach, złocistych jak słońce, nie długiej, nie krótkiej długości. Jego oczy były błękitne jak niebo w najpiękniejszy dzień jaki może się zdarzyć. Twarz elfa przyozdobiona była szczerym i radosnym uśmiechem, mimo tego, że jego ręka była opatrzona bandażami. Za nim stały Natria i Electria, dwie elfki bliźniaczki. Jednakże jedna była nieco wyższa od drugiej oraz różniło je też wyglądem to, że Electria miała bujne, długie loki aż do kolan, natomiast włosy Natrii były do ramion i bardziej proste. Trochę dalej, jeszcze w drzwiach, stał młodzieniec. Był wysoki i lekko umięśniony, a jego długie, proste włosy zaplecione były z tyłu w warkocz.   Nazywał się Ren'kan i był współlokatorem Serafirusa. Elf wszedł powoli za pozostałymi gośćmi. Nowie przybysze zostali również powitani przez Afrodite, zajęli potem miejsca. W pewnym momencie współlokatorka Marie wyszła bardziej an środek i uniosła rękę, na znak, że powinni już skupić się na celu spotkania. Goście wtedy uciszyli się i spojrzeli na elfkę w milczeniu.&lt;br /&gt;– Jak sami wiecie, porwano jednego z naszych przyjaciół... Serafirusa. Do tego nasi mistrzowie i inne ważne osoby nic nie robią w tej sprawie! Albo może raczej powiedzmy, że nie wiedzą co zrobić.&lt;br /&gt;Kilka osób potakiwało znacząco, słuchając Afrodite.&lt;br /&gt;– Zebrałam was dziś tutaj, ponieważ nie mogę znieść tego, że stoimy w miejscu. Jako grupa powinniśmy się w spierać i pomagać sobie. Chciałabym prosić was o pomoc w odbiciu Serafirusa. Nie myślę o nim teraz jako tylko o członku grupy. Ale o przyjacielu, mimo że znamy się tak krótko. – mówiła dalej swym przekonywującym głosem.&lt;br /&gt;Elfy patrzały na nią w skupieniu, jednakże Marie wpatrywała się w swoje buty, ale słuchała wszystkiego z uwagą, co współlokatorka mówiła.&lt;br /&gt;– Jako, że tylko wszyscy możemy wypełnić nasze zadanie, powinniśmy pójść z pomocą naszemu przyjacielowi. Jeśli on zginie to już koniec, bo wszyscy musimy przeżyć! Nie wiem jak wy, ale ja wolałabym umrzeć próbując ratować przyjaciela, niźli przeżyć, ale dopuścić do jego śmierci i tym samym zniszczyć plany. Rada, ani nikt inny nie podejmie tak szybko decyzji co zrobić. – przemawiała dalej, a nikt prócz elfki nic nie mówił. Wszyscy skupieni byli na jej słowach. Każdy z wybrańców wiedział podświadomie, że przemawiająca ma rację. Afrodite jednak już nic nie powiedziała po tym, tylko zamilkła, kierując swój wzrok w stronę przyjaciółki i współlokatorki, Marie, patrząc na nią znacząco. Ta wstała i przyglądała się przez moment zebranym. W końcu odgarnęła lekko włosy.&lt;br /&gt;– Mimo to, że każdy z was wie jak powinniśmy postąpić, to... Aby to potwierdzić zarządzimy głosowanie. – zaczęła czarnowłosa elfka, nieco mrocznym, ale dźwięcznym i z lekka przerażającym głosem, ale ten głos pasował do niej idealnie. Zebrani w komnacie spojrzeli się na Marie w ciszy i lekkim zaskoczeniu. Każdy w myślach podejmował wybór.&lt;br /&gt;– Ten, kto jest za pójściem i odzyskaniem Serafirusa, niech podniesie rękę i wstanie. Ten, kto jest przeciw, niech siedzi i powie nam dlaczego. – może nam to pomóc w ulepszeniu planu. – powiedziała jednym tchem. Po tym przeleciała wzrokiem po wybrańcach. Po chwilce z miejsc wstali wszyscy oprócz Jallena. Popatrzeli po sobie i spojrzeli się na siedzącego pod ścianą elfa.&lt;br /&gt;– Chcecie wiedzieć dlaczego jestem przeciw, prawda? – zapytał chłopak.     &lt;br /&gt;– Tak... Powiedz nam. – odezwała się tym razem Afrodite.&lt;br /&gt;– Chodzi o to, że mało mnie to wszystko obchodzi. Czy wszystko będzie od nowa, czy też nie. Wcale nie chciałem ty być i nie zamierzam za bardzo w te sprawy się mieszać. Nic mi do tego, że jednego z nas porwano. To jego wina, że dał się złapać. Nie idźcie, nie warto. To tylko jakaś głupia zabawa. Nie chce mi się w to wplątywać. Dlatego się nie zgadzam. – powiedział Jallen do wybrańców.&lt;br /&gt;– „Egoista i głupek”. – pomyślał Deg o swym współlokatorze. – „Pewnie tylko tak mówi, raczej boi się o swój własny tyłek.” – dodał w swoim myślach. &lt;br /&gt;Marie westchnęła cicho. &lt;br /&gt;– No dobrze. Siadajcie. A ciebie Jallen obowiązuje tajemnica. Więc nikomu ani słowa o tym, co chcemy zrobić. – rzekła czarnowłosa, mroczna dziewczyna.&lt;br /&gt;Wszyscy usiedli i wpatrzyli się w dziewczyny, zamieszkujące komnatę. Opracowali plan dokładnie po kilkunastu minutach. Jallen również wiedział na czym on polega. Elfy rozeszły się i wróciły do swoich komnat, by wszystko przemyśleć.&lt;br /&gt;Sheena i Arisa doszły jako ostatnie do pokoju. Weszły do pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Usiadły chwilę potem w milczeniu na łóżku Arisy. Zielonooka elfka skupiła się i ustanowiła zaklęcie, wokół ich pokoju. Pozostałe elfy, biorące udział w planie wybawienia Serafirusa, miały uczynić to samo w swoich mieszkaniach. Sam plan mieli wcielić w życie następnego dnia w nocy. Dziewczyny leżały obok siebie na plecach na jednym łóżku, myśląc.&lt;br /&gt;– Ciekwe, czy uda nam się... – szepnęła Sheena.&lt;br /&gt;– Jakoś sobie poradzimy. – odpowiedziała Arisa równie cicho.&lt;br /&gt;Nastała już późna godzina. Nikt z wybrańców nie mógł zasnąć, gdyż wiele myśli zaprzątało ich głowy. Każdy z nich wiedział, że coś może pójść nie tak. Jeżeli im się nie uda, to koniec....Godziny tymczasem mijały, a mimo zbliżania się wschodu słońca, było cały czas ciemno przez panującą burzę. Arisa i Sheena zasnęły nad ranem. Były zmęczone i wyczerpane. Leżały, śpiąc na jednym łożu.&lt;br /&gt;Nastał ranek... Była dokładnie godzina dziewiąta. Sheena otworzyła leniwie oczy, rozglądnęła się i zobaczyła obok siebie Arisę. Dopiero teraz zrozumiała, że zasnęła na łóżku przyjaciółki. Dziewczyna zwróciła swój wzrok w stronę okna. Na zewnątrz nadal było ciemno, a wszystko przez trwającą od kilku dni burzę. Usiadła i przypatrzyła się jeszcze śpiącej współlokatorce. Niedługo zaczynały się zajęcia, ale Arisa miała nie iść na nie. Otrzymała zadanie, dowiedzieć się, gdzie porwali Serafirusa. Sheena szturchnęła delikatnie elfkę, a ta obudziła się. Arisa popatrzyła na nią lekko zaspanymi oczyma.&lt;br /&gt;– Chodźmy na śniadanie. A potem wrócimy, by pomóc ci w zadaniu. – powiedziała niebieskooka elfka. &lt;br /&gt;– Tak. Potrafisz dobrze przyrządzać ten eliksir, prawda? – zapytała zielonooka, powoli siadając.&lt;br /&gt;– Jasne! Tylko ja i mój brat ją znamy, a on jako jedyny umie przygotować ją najlepiej. – rzekła Sheena nieco energiczniej. &lt;br /&gt;Obie elfki wstały, umyły się i przebrały, a następnie poszły na śniadanie do sali jadalnej. Najadłszy się, ruszyły spacerkiem korytarzami w stronę przeznaczonej im komnaty. A minęło kilkanaście minut zanim doszły do celu. Weszły do pomieszczenia, a Arisa wchodząc jako ostatnia, zamknęła drzwi na klucz, po czym usiadła na swym łóżku. Sheena tymczasem zabrała się za przygotowywanie wywaru, tzw. „eliksiru złego samopoczucia”, wynalezionego przez jej młodszego brata. Arisa zaczęła śledzić każdą czynność przyjaciółki... Każdy ruch... Jednocześnie myśląc nad wieloma sprawami. Pomyślała o swojej matce, nie widziała się z nią ostatnio. Chciałaby jej wszystko opowiedzieć, jednak nie mogła pewnych rzeczy wyjawić. Źle się z tym czuła, zawsze o wszystkim mówiła swej rodzicielce. Miała do niej bezgraniczne zaufanie i nie chciała, aby matka straciła je do niej. &lt;br /&gt;– Niedługo powinien być gotowy. – powiedziała Sheena, wyrywając Arisę z objęć jej myśli. Dziewczyna popatrzyła się na nią swymi zielonymi oczyma.&lt;br /&gt;– Uda ci się, zobaczysz! – rzekła Sheena. – Uśmiechnij się.&lt;br /&gt;Elfka uśmiechnęła się do niebieskookiej, jednak nadal była pochłonięta w swoich obawach. Po jakimś czasie dziewczyna przygotowująca wywar, podeszła do Arisy z naczyniem pełnym eliksiru. Usiadła, ostrożnie trzymając miksturę. Spojrzała się na przyjaciółkę i podała jej naczynie. Ta, patrząc na Sheenę, wzięła kubeczek i przyłożyła do ust. Powąchała wywar.&lt;br /&gt;– Spokojnie, nie smakuje aż tak źle. – powiedziała niebieskooka elfka z lekkim uśmiechem. Arisa kiwnęła delikatnie głową i zaczęła wypijać przyrządzone przez współlokatorkę eliksir. Po pięciu minutach zaczęła się czuć dziwnie i źle. Zaczął boleć ją brzuch oraz głowa... A także czuł, że jest jej bardzo zimno. Jednak mimo tego wszystkiego, mogła znieść taki stan. Zwróciła swój wzrok na przyjaciółkę.&lt;br /&gt;– Dziwnie się czuję... – rzekła cicho, jej głos był jakby zbolały. Zdziwiła się trochę.&lt;br /&gt;– Tak miało być. – Sheena patrzała cały czas na nią, w ręku trzymając coś jeszcze. Była to mała fiolka z purpurowym płynem. Dziewczyna podała przedmiot zielonookiej elfce. – Masz. To jest antidotum. Wypij to po wizycie medyka i będziesz się już czuła dobrze. Wtedy pójdziesz zebrać informacje. – rzekła do przyjaciółki.&lt;br /&gt;– Dziękuję. – podziękowała druga, uśmiechając się przy tym.&lt;br /&gt;– Nie masz za co. Przecież nie zostawiłabym cię w takim stanie i z takimi objawami. – odpowiedziała z lekkim uśmiechem Sheena. - A teraz połóż się i staraj wyglądać na jeszcze bardziej chorą. Tymczasem ja pójdę po medyka. - dodała pospiesznie.&lt;br /&gt;– D-Dobrze. – odparła.&lt;br /&gt;Arisa wpełzła pod kołdrę i ułożyła głowę na poduszkach. Leżała na boku lekko zwinięta. Brzuch i głowa nadal ją bolały. Przymknęła oczy. Wiedziała, że musi przez chwilę to wytrzymać. Było jej zimno, mimo to, że kołdra opatulała ją po szyję. Cała była blada jak ściana, nawet usta jej straciły normalną barwę. Sheena pogładziła delikatnie współlokatorkę po głowie i wstała. Ta otworzyła lekko oczy i spojrzała na nią spod prawie zamkniętych powiek.&lt;br /&gt;– Idź już, kochana. Nic mi przecież nie jest. To tylko po tym wywarze. – powiedziała cicho, chowając  właśnie fiolkę z purpurowym płynem za pas u spodni do treningu walki. Nie było go widać. &lt;br /&gt;– Już idę, trzymaj się. – ruszyła w stronę drzwi i wyszła, zamykając je za sobą. Miały minuty, dopiero gdy zleciało ich kilka, usłyszała dźwięk kroków dwóch postaci na korytarzu. Zamknęła oczy. Dzięki miksturze wyglądała na chorą i nawet tak się czuła. Po krótkim czasie do komnaty wszedł najpierw medyk, będący elfem dosyć niskiego wzrostu o włosach sięgających pasa i błyskających w świetle. Na ramieniu jego przewieszona była brązowa, skórzana torba. Arisa przypatrzyła się przybyszowi. Ujrzała najpierw jego delikatne, ale dzikie rysy twarzy... Potem zwróciła uwagę na oczy, które były bardzo jasne, miały odcień zieleni. Za nim, po kilku sekundach, weszła Sheena, z bardzo zmartwionym wyrazem twarzy.&lt;br /&gt;– Widzi pan? Mówiłam, że źle wygląda! – powiedziała głosem pełnym zmartwienia, prowadząc medyka do łóżka poważnie chorej.&lt;br /&gt;– Yhm. Naprawdę nie wygląda dobrze. Jadła coś? – zapytał elf swym spokojnym, ale lekko zmartwionym głosem i jednocześnie dźwięcznym oraz melodyjnym. &lt;br /&gt;– Jadłyśmy tylko śniadanie. Nic więcej. – odrzekła elfka, siadając na łóżku Arisy.&lt;br /&gt;– Hmm... – medyk dotknął dłonią czoła leżącej elfki. – Ma gorączkę. – powiedział. – Coś jeszcze cię boli? - zwrócił się teraz do Arisy.&lt;br /&gt;– T-Tak... Głowa... Brzuch... – odpowiedziała. W tym czasie Sheena zobaczyła leżące na stoliku alchemicznym składniki i inne dopiero co używane przyrządy.&lt;br /&gt;– „O cholera”. – pomyślała i wstała. Kiedy elf doglądał chorej, ona podeszła do stolika i udając, że niby się pakuje, zaczęła wpakowywać wszystkie użyte przedmioty do plecaka z książkami na zajęcia. Elf odwrócił się w jej stronę, jednak nie zobaczył już nic podejrzanego. Sheena zdążyła wszystko spakować. &lt;br /&gt;– No właśnie lepiej już idź na zajęcia, zaraz się zaczynają. Ja będę się przez ten czas nią opiekował.  &lt;br /&gt;Sheena patrzała się na niego w osłupieniu&lt;br /&gt;– „O nie”... – powiedziała sobie w myślach.&lt;br /&gt;– Ale zaraz... – elf popatrzył w okno zamyślony. – Nie mogę z nią zostać... Muszę pomóc w archiwizowaniu w lecznicy. – powiedział. – Zostawię ci wszystkie potrzebne rzeczy, które ci pomogą. – uśmiechnął się przepraszająco i z zakłopotaniem, mówiąc to i patrząc na Arisę. Odgarnął włosy z twarzy i wstał. Elf podszedł do stolika nocnego przy łóżku dziewczyny i wyciągając z torby różne  przedmioty, przede wszystkim jakieś eliksiry, stawiał je na nim. Po chwili już skończył i spojrzał się na elfkę jeszcze raz.&lt;br /&gt;– Jeszcze raz przepraszam. – powiedział.&lt;br /&gt;– Nic...Nic nie szkodzi. – odrzekła, spoglądając na medyka swymi zielonymi oczyma, które był teraz nieco zamglone przez złe samopoczucie. Mężczyzna wytłumaczył jej jeszcze co ma przyjąć i o której godzinie, gdy skończył, wyszedł z komnaty. Sheena wtedy podeszła z plecakiem do łóżka i usiadłszy obok koleżanki, powiedziała:&lt;br /&gt;– O mały włos i mógłby odkryć, że coś wymodziłyśmy. Mogłam być bardziej ostrożna i posprzątać po sobie.&lt;br /&gt;– Na szczęście niczego nie zauważył. – rzekła Arisa, nadal nieco zbolałym głosem.&lt;br /&gt;– Taaak... – potwierdziła elfka i westchnęła.&lt;br /&gt;– Idź już na lekcje. Spóźnisz się... – przypomniała Sheenie o lekcjach. Ona wstała i prędko podbiegłą do drzwi. Stojąc tam, obróciła się w kierunku przyjaciółki.&lt;br /&gt;– To idę. Powodzenia, Ariso. – rzekła i wybiegła z pokoju. Poruszała się szybko korytarzem. A na miejsce dobiegła po kilku minutach. &lt;br /&gt;Arisa usiadła na łóżku, a wyjąwszy zza pasa fiolkę z antidotum oraz otworzywszy naczynie, wypiła  purpurową zawartość. Dziewczyna poczuła jak jej wnętrze wypełnia miłe ciepło. Ciepło, które rozchodziło się po jej całym ciele... Wewnątrz niej. To uczucie było wspaniałe i przyjemne. Jednakże po chwili zaczęło zanikać, by potem całkowicie ustać. Czuła się już normalnie, ale też nie czuła objawów choroby. Wstała więc i przeczesała włosy, patrząc w swe odbicie, ukazujące się w lustrze. &lt;br /&gt;– „Dam radę”. – pomyślała, chcąc dodać sobie otuchy. Elfka wybiegła z pokoju. Miała dosyć łatwo, gdyż na korytarzach nie było nikogo. A nawet jeśli, to mogła szybko gdzieś się ukryć. W kieszeni trzymała mały notesik w ciemnobrązowej okładce. Biegła, poruszając się bezszelestnie. Po jakimś czasie znalazła się na samej górze budynku, w którym mieszkali. Dziewczyna znalazła schody, prowadzące do wieżyczki i bez zastanowienia zaczęła po nich wchodzić. Nagle jednak usłyszała kroki za sobą. Ktoś pewnie począł wchodzić po schodach tak samo jak ona wcześniej. Panikowała, nie wiedząc co zrobić, a postać coraz bardziej się zbliżała, ale nie widziała jej jeszcze na krętych schodach.&lt;br /&gt;– „Co robić?! Co robić?!” – myślała... Wtedy wpadła na pomysł. Szybko przylgnęła do ściany o stojąc tak na schodach, zaczęła wypowiadać słowa w pradawnym języku elfów, w języku mocy. Postać wchodząca po schodach za nią na szczęście jej nie usłyszała, a gdy już była niedaleko dziewczyny, ona była już niewidzialna. Stała w bezruchu, wstrzymując powietrze w płucach. Nie śmiała nawet drgnąć o pół milimetra. Obok niej jak nigdy nic, przeszedł elf. Był dosyć wysoki, jego twarz z profilu, jak widziała Arisa, miała poważny wyraz. Falujące pod wpływem ruchu włosy elfa był kolory ciemnego brązu, przechodzącego może nawet w czerń. Mężczyzna w uchu miał srebrny kolczyk, a ubrany był w długą szatę kolory jasnego odcienia niebieskiego. Była ona w pasie związana pasem barwy ciemnobłękitnej, do którego przypasane zostały dwa sztylety. Kołnierz odkrywał obojczyki elfa, a na widniejącej jego szyi znajdował się srebrny, delikatny łańcuszek. Arisa nie widziała jego oczu, gdyż były lekko zasłonięte opadającymi na czoło kosmykami włosów. Patrzała na niego z zachwytem. Postać przeszła obojętnie obok niewidzialnej. Dziewczyna, gdy tylko elf trochę się oddalił, ruszyła za nim. Bała się nieco tego, że odkryje jej obecność. Szła jednak bezszelestnie, a jej oddech był również prawie niesłyszalny, nawet dla ucha elfa. W końcu doszła na szczyt. Stała przed drzwiami, które na szczęście były otwarte na niemal oścież. Weszła po cichu do pomieszczenia. Jej oczom ukazało się pełno regałów z księgami oraz notatkami. Przy oknie ujrzała siedzącego przy biurku elfa, wypełniającego jakieś papiery. Na blacie leżała duża ich sterta, a także świeca, dająca większe światło niż normalna. Arisa rozglądnęła się po pomieszczeniu, które było dosyć duże, ale nie mieściło się w nim nic nadzwyczajnego.&lt;br /&gt;– „Jakieś archiwum?” – zapytała samą siebie w myślach, zaczynając powoli i bezszelestnie przechadzać się pomiędzy regałami. Wiedziała jedynie, że to tutaj znajdują się i są zbierane jedne z najważniejszych informacji w mieście. Zatrzymała się w pewnym momencie i spojrzała na jedną z wielu półek, na której ułożone były księgi w brązowych, skórzanych okładkach. Nie chcąc zwrócić na siebie uwagi pracującego elfa, nic na razie nie zrobiła, tylko przyglądała się. Jednakże po dłuższej chwili doszła do biurka, gdzie siedział mężczyzna. Patrzała teraz na niego oraz na wypełnione przez jego pismo kartki. Nie wiedziała do końca co zrobić, ale musiała szybko podjąć jakąś decyzję. Wtedy, niespodziewanie elfowi wypadło pióro z ręki, schylił się po nie, a kiedy to zrobił otarł się delikatnie głową o spodnie niewidzialnej dziewczyny. Podniósł pióro z podłogi, wyprostował się na krześle lekko zdezorientowany. Arisa tymczasem pod wpływem strachu, że się domyśli, że ktoś oprócz niego tutaj jest, szybko użyła zaklęcia usypiającego. Nie wiedziała do końca co robi. Elf uśpiony przez czar zsunął się z krzesła na podłogę. Pióro opadło niedaleko mężczyzny.&lt;br /&gt;– „Ups”... – pomyślała Arisa, patrząc na śpiącego na posadzce elfa. - „Mogłam się nie zbliżać aż tak bardzo”. - dodała sobie w myślach . Mając już jak zacząć szukać informacji, rozejrzała się ponownie po pomieszczeniu, po czym stanęła bliżej biurka. Zaczęła przeglądać dokumenty tam leżące. Starannie je przeszukiwała wzrokiem, jednak nie robiła tego bez zastanowienia, a z dokładnością i szybkością, tak, że zdążyła w krótkim czasie zobaczyć je wszystkie. Nie było tam, żadnych potrzebnych jej informacji. Ale gdy tak sobie myślała, spostrzegła małą szufladkę pod blatem biurka. Sięgnęła do niej ręką i otworzyła, znajdując tam jakieś kartki, wyciągnęła je i zaczęła przeglądać. Kiedy skończyła, odłożyła dokumenty na miejsce, a na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Ruszyła w kierunku wyjścia, potem już schodziła po schodach, a następnie udała się w drogę powrotną.&lt;br /&gt;– Uch... – padła na swoje łóżko, jak już dotarła do komnaty. – Co za stres. – powiedziała sama do siebie. W końcu nadeszła godzina dwunasta. Lekcje kończyły się dopiero o siedemnastej. Elfka nie wiedziała co porobić, by skrócić sobie czas oczekiwań. Jednak pomyślała, że zacznie nadrabiać swoją nieobecność na lekcjach. Dlatego też wzięła podręczniki od tych lekcji, które miały się dzisiaj odbyć. Poczęła czytać tematy, które mieli tego dnia przerabiać. &lt;br /&gt;Skończyła godzinę przed końcem zajęć. Znowu dopadła ją nuda. Wpadła na pomysł, że odwiedzi mamę, jednakże szybko się rozmyśliła. Nie dość, ze będzie pewnie zajęta, to przecież nikt nie może jej zobaczyć paradującej po okolicy całej i zdrowiej. No i wprawdzie tylko 'nie-wybrańcy' – jak to określiła. - nie mogli jej ujrzeć. Po chwili przypomniała sobie, że nadal jest niewidzialna.&lt;br /&gt;– Jaka ja głupia. – zaśmiała się cicho z siebie i cofnęła działanie czaru. Zaczęła przechadzać się się po  komnacie, co jakiś czas rozglądając się po pomieszczeniu. Teraz popatrzyła akurat w sufit. I nagle... Obraz przed jej oczyma zaczął się rozmazywać. Elfka oddychała przez chwilę, jakby nie mogła złapać powietrza. Uspokoiła się jednak po chwili, ale oczy jej poczęły się same zamykać, a znamię na szyi już mocno piekło. Automatycznie chwyciła dłonią to miejsce, a także zacisnęła zęby z bólu. Widziała dziwne czarne plamki, które następnie przerodziły się w ciemność. Moment potem obraz stopniowo zaczął nabierać kształtów i barw oraz wyrazistości. Jęknęła cicho przez ból w szyi, wgłębiała się coraz dalej w wizję, chociaż nie chciała. Nie mogła nad tym zapanować. Na początku ujrzała niewyraźne kształty skał. To była chyba jaskinia... Duża i piękna, przekonała się o  tym po chwili, gdy widok się polepszył.&lt;br /&gt;– To... Rotteriena... – wyszeptała poprzez wizję, nawet nie wiedząc, że wydawała jakieś dźwięki naprawdę. – Jaskinia Rotteriena... Pierwszego. – dodała cichutko. Następnie zobaczyła część wewnętrzną jaskini, gdzie napotkała wzrokiem czternaście postaci. Stały w bezruchu otaczając kręgiem coś... Lub kogoś. Arisa weszła jakby dokładniej w wizję i ujrzała pośrodku koła z postaci chłopaka. Serafirusa! To był on... To był on... Popatrzyła na postaci. Nie widziała ich twarzy, ani żadnych znaków szczególnych. Przerażało ją to trochę. Gdy tak się wpatrywała, jedna z nich podniosła chłopaka i odrzekła niskim głosem.    &lt;br /&gt;– Zabieramy się stąd. Wiedzą gdzie jesteśmy. – po tych słowach postacie wyszły z jaskini. Elfkę poraziło dziwne światło, a potem pojawiła się w gęstym lesie, podążała albo raczej leciała za nieznajomymi. Rozejrzała się. Niebo było ciemne i pochmurne, padał rzęsisty deszcz, lecz jej nie moczył, to była tylko wizja przyszłości. Spojrzała ponownie na postacie, przyglądając się uważniej tej, która niosła wybrańca. Serafirus był nieprzytomny i związany mocno linami. Leciała za nimi jakiś czas. Chciała za wszelką cenę dowiedzieć się, gdzie zabierają teraz elfa. Próbowała przyspieszyć wizję, ale tylko poczuła jak opuszczają ją siły. Wkrótce obraz zaczął się zamazywać. Zobaczyła jak postaciom wyrastają dziwne skrzydła. Nie był to zbyt przyjemny widok. Wzlecieli w powietrze i zniknęli, wysoko będąc. Ona nie mogła polecieć za nimi. Wzlatywać mogła tylko do kilku metrów nad ziemią. Próbowała ich dogonić poruszając się tutaj... Niżej, przy ziemi, ale jej się nie udawało. Dystans pomiędzy nimi coraz bardziej się zwiększał. Dziewczyna przypomniała sobie jak zniknęła z jaskini i pojawiła się w lesie. Spróbowała sama spowodować podobne zjawisko. Traciła przez to wszystko coraz więcej energii. Ale w końcu udało się jej. Znalazła się w jakimś bardzo ciemnym miejscu. Rozglądnęła się, chcąc rozpoznać jakoś to miejsce. Zauważyła tylko, że to rów. Spojrzała w górę.&lt;br /&gt;– „Duży rów!” – pomyślała. A po chwili jej wzrok sam powędrował w kierunku postaci. Zobaczyła jak jeden z nieznajomych kopnął elfa. Wtedy zauważyła również, że na rękach ma siniaki, kilka ran, na twarzy również. Wizja zaczęła się rozmazywać w tym momencie. Prawie nic nie widziała, tylko jakieś rozmazane plamy. Nie była już w stanie określić dokładnego położenia miejsca, w którym teraz stała. Próbowała z całych sił powstrzymać zanik wizji, ale nie bardzo jej to wychodziło. Obraz całkowicie zniknął i pozostało czarne tło. Tego zawsze się bała. Za każdym razem. Czuła też ostry ból w szyi oraz głowie. Mimowolnie jęknęła i zagryzła dolną wargę. Jej oddech był bardzo szybki, jakby przed chwilą ćwiczyła intensywnie, albo biegała cały dzień bez spoczynku. Spróbowała otworzyć oczy i wyrwać się z tego stanu. I w tejże chwili usłyszała czyiś głos... Znajomy głos, dobiegający gdzieś znad niej.&lt;br /&gt;– Arisa! Arisa! Obudź się! Ariso! – słyszała, wykrzyknięte słowa. Po chwili zrozumiała, że to jej przyjaciółka Sheena. &lt;br /&gt;– Arisa! – niebieskooka elfka potrząsnęła nią delikatnie za ramiona w zmartwieniu, by ją jakoś wybudzić i odzyskać. Ona w końcu uchyliła lekko powieki. Wszystko jej się rozmazywało, podobnie jak w wizji. Ale teraz był to skutek zmęczenia i wyczerpania. Czuła zimny pot na czole. Przez ten czas, od tamtej chwili do tego momentu, trzymała się za piekące znamię na szyi. Popatrzyła na Sheenę spod delikatnie uchylonych powiek.&lt;br /&gt;– Sheeno... Już... Dobrze. – wyszeptała przemęczonym głosem, po czym zemdlała z wyczerpania i bólu. Niebieskooka postanowiła położyć nieprzytomną na łóżku. I tak też uczyniła, a następnie okryła ją czule kołdrą. Usiadła przy niej, spoglądając na jej uroczą twarz... Teraz tak spokojną, zupełnie odwrotnie niż wtedy, gdy ją ujrzała pogrążoną w wizji. Sięgnęła dłonią w kierunku dziewczyny, aby pogładzić jej blond włosy, które były takie miękkie, że nie mogła od nich oderwać ręki. Arisa była ciągle nieprzytomna, Sheena martwiła się o nią bardzo. Ciekawa też była, czy znalazła jakieś informacje, ale to było na ostatnim miejscu w jej teraźniejszych uczuciach. Po godzinie, elfka nadal była pozbawiona przytomności. Sheena nie wiedziała co zrobić, by pomóc przyjaciółce. Wiedziała tylko, że jej współlokatorka doświadczyła kolejnej wizji. W sumie to ona sama miała w tym dniu jedną. Zdarzyło się to podczas lekcji, jednakże przebieg przyszłości był tak delikatny, że nikt tego nie zauważył oprócz Marie, tej niezbyt rozmownej i towarzyskiej elfce. Mimo że owa dziewczyna miała dosyć łagodne usposobienie, Sheenę nieco przerażała. Czasami mówiła innym trochę dziwne i straszne rzeczy. Niebieskookiej elfce wydawało się, że mało kto rozumie Marie. I wtedy ogarniało ją współczucie o nią. Dziwiła się również temu, jak Afrodite i jej współlokatorka dogadują się, skoro mają zupełnie inne charaktery i sposoby bycia. Westchnęła ciężko pod wpływem tych wszystkich myśli. Podczas jej westchnięcia do drzwi ktoś zapukał. Dźwięk był cichy i delikatny, ale słyszalny dobrze i wyraźnie. Elfka spojrzała się stronę wejścia. &lt;br /&gt;– Proszę! Otwarte. – powiedziała do przybyszów za drzwiami, a sama nie mogła otworzyć, ponieważ  nie chciała nawet na krótką chwilę opuścić przyjaciółki. Drzwi otworzyły się po jej słowach, a w nich stały dwie postacie... Marie i Afrodite. Ta pierwsza uśmiechnęła się szeroko, wchodząc do komnaty przed tą drugą. Czarnowłosa elfka ruszyła za nią ,ale wpierw zamknęła za sobą drzwi, na jej  ustach nie zagościł żaden uśmiech. Wyraz jej twarzy był jakby obojętny, ale spokojny. Wyglądała na pogrążoną we własnych myślach, ale jednocześnie słuchającą wszystkiego wokół. Zamknąwszy drzwi, spojrzała na pozostałe elfki swymi czarnymi oczyma i podeszła bliżej Afrodite nic nie mówiąc.&lt;br /&gt;– Witajcie. Może usiądziecie? – zapytała Sheena z delikatnym uśmiechem.&lt;br /&gt;– Tak, dziękujemy. – Afrodite usiadła na jednym z krzeseł, powiedziawszy to i odwzajemniwszy uśmiech. Marie usiadła również, ale nic nie powiedziała. Bardziej weselsza elfka spojrzała się na nieprzytomną Arisę w lekkim zmartwieniu.&lt;br /&gt;– Widzę, że coś się stało. Co takiego? – zapytała, przenosząc wzrok na Sheenę.&lt;br /&gt;– Arisa miała wizję. Gdy wróciłam z zajęć była chyba jeszcze pod jej wpływem, a potem zemdlała... I jak widać, do tej pory się nie obudziła. – odpowiedziała cicho elfka. Czarnowłosa tymczasem poczęła się wpatrywać w Arisę, nie odwracając ani na chwilę wzroku od niej. Nikt tego jednak nie zauważył, ponieważ jej głowa była lekko pochylona, a grzywka zasłaniała jej oczy. &lt;br /&gt;– Rozumiem. – powiedziała Afrodite. – Zdążyła ci coś przekazać? – spytała.&lt;br /&gt;– Nie... - odparła Sheena, spoglądając znowu na przyjaciółkę. – Chyba będziecie musiały poczekać. - powiedziała i uśmiechnęła się, spojrzawszy ponownie na złotowłosą. A Arisa uchyliła powieki prawie niewidocznie. Patrzała w sufit, a obraz z lekka rozmazywał jej się przed oczyma. Jej wzrok nie poruszał się, wpatrywała się cały czas w jeden punkt, by wyostrzyć jakoś widok. Słyszała głosy. Dwa głosy. Rozpoznała jeden, który był głosem jej przyjaciółki. Po dłuższym zastanowieniu poznała też i drugi, będący własnością Afrodite. Przymknęła na chwilę oczy, po czym je znowu otworzyła, była wyczerpana. Rozglądnęła się, widziała już lepiej. Chwilę potem usłyszała trzeci głos.&lt;br /&gt;– Obudziła się. – powiedziała Marie. Po chwili rozpoznała i ten głos. Popatrzyła się w kierunku dziewczyny wypowiadającej owe słowa.&lt;br /&gt;– Ariso... Jak się czujesz? – zapytała Sheena z wyraźną troską. &lt;br /&gt;– Lepie...j... – odpowiedziała cicho leżąca elfka. Dziewczyna dopiero teraz spostrzegła, że współlokatorka trzyma dłoń na jej włosach i delikatnie je gładzi. Spojrzała się na Sheenę i uśmiechnęła delikatnie. Afrodite spoglądała na dopiero co wybudzoną. Promienny uśmiech nie opuszczał jej. A złociste włosy elfki błyskały w świetle pomieszczenia, nadając mu uroku. &lt;br /&gt;– Wybacz, że tak od razu pytam. Wiem, że to trochę głupio, moment po twoim obudzeniu się. Ale cz dowiedziałaś się czegoś? – zapytała z serdecznością w głosie, a jak sądziła Arisa, nigdy jej nie opuszczała owa serdeczność. Elfka o blond włosach usiadła powoli, opierając się plecami o poduszki. Patrzała na koleżankę swoimi zielonymi niczym soczysta trawa oczyma.&lt;br /&gt;– T-Tak. Dowiedziałam się... Ale... – zaczęła mówić.&lt;br /&gt;– Ale miałaś wizję? Miałaś ją, prawda? Co się wydarzy? – zapytała Sheena z lekkim niepokojem, nie mogąc już powstrzymać tego napięcia w sobie. &lt;br /&gt;– Opowiedz wszystko jeśli możesz. – powiedziała Afrodite z uśmiechem na twarzy.&lt;br /&gt;– Um... - onieśmielało ją to, że cała trójka na nią się patrzy. Wzięła głęboki wdech. –  Dowiedziałam się z informacji zamieszczonych w tamtym archiwum, że nasi wrogowie, jak już wiadomo, narodzili się... Albo raczej zostali stworzeni. I jest ich tylu ilu nas jest. Wiem, również gdzie teraz przebywają, jednak to wiedziałam już w wizji. A zamieszkują Jaskinię Rotteriena. Jednakże... – przerwała na chwilę. Marie i Afrodite spojrzały po sobie i zwróciły ponownie wzrok w stronę zielonookiej elfki.&lt;br /&gt;– Jednakże? – powiedziała złotowłosa elfka pytającym tonem i z lekkim strachem albo raczej niepokojem o plany wybrańców.&lt;br /&gt;– W tej wizji widziałam jak nieprzyjaciele w jakiś sposób dowiedzieli się, że znamy ich położenie, więc zmienili miejsce pobytu. Wiem tylko, że potem przebywać będą w jakimś rowie, bardzo dużym. – powiedziała jednym tchem. &lt;br /&gt;– Rozumiem. Nie przejmuj się. Nawet te informacje są bardzo przydatne i ważne. Nawet nie wiesz jak. – rzekła Afrodite uśmiechnięta promiennie do elfki. Marie patrzała na Arisę nieco przeszywającym wzrokiem. Jej czarne oczy błysnęły w świetle. Przypatrywała się dziewczynie przez dosyć długą chwilę i w końcu zapytała:&lt;br /&gt;– Widziałaś również Serafirusa, nieprawdaż? Co z nim się dzieje?&lt;br /&gt;Arisa widocznie posmutniała i spuściła głowę oraz wzrok.&lt;br /&gt;– Był bity. Albo raczej będzie... Lub może... Był, jest i będzie? – powiedziała z ogromnym smutkiem. Była naprawdę przestraszona. Po chwili jednak spojrzała na pozostałe elfki. &lt;br /&gt;– No to nie mamy czasu do stracenia! Bez żadnego zastanawiania się wyruszamy dzisiaj. – rzekła dziewczyna o złotych włosach. Czarnowłosa elfka tymczasem zamyśliła się, wlepiając wzrok w okno, za którym widać było ciemne niebo. Również się martwiła. Nikt jednak nie wiedział jak bardzo, gdyż nigdy nie okazywała specjalnie po sobie żadnych uczuć. Była jak to inni określali, obojętna, ale ona wewnętrznie była taka jak oni...&lt;br /&gt;– Wyruszamy o dwudziestej trzeciej. Trzeba wszystkich powiadomić, by przyszykowali się i zrobili klony, byśmy mieli więcej czasu, zanim się zorientują co zrobiliśmy. Muszą również użyć zaklęcia niewidzialności, a będziemy go używać przynajmniej do tej pory, gdzie nie będzie nas nikt widział ani wyczuwał. – rzekła mądrze Afrodite. Dziewczyna wstała i popatrzyła na swą towarzyszkę, a widząc, że znowu zatopiona jest we własnych myślach, poklepała ją lekko po ramieniu. Ta otrząsnęła się i wpatrzyła w przyjaciółkę. Rozmyślała intensywnie aż do tej pory. Wstała i zaczęła iść razem z Afrodite w stronę drzwi. Szła dalej i wyszła, gdy jej współlokatorka zatrzymała się na chwilę, by pożegnać Arisę i Sheenę. Złotowłosa zamknęła za sobą drzwi i szybko dogoniła Marie.&lt;br /&gt;– Martwisz się o Serafirusa? – zapytała szepcząc. Ona z kolei spojrzała się w jej stronę z lekkim zaskoczeniem.&lt;br /&gt;– Nooo, przestać już. Przecież widzę, że się zakochałaś. – rzekła cicho. Marie patrzała na przyjaciółkę w lekkim osłupieniu, nadal idąc. Powstrzymywała jednak wypływ emocji, jak zawsze i odpowiedziała obojętnym głosem.&lt;br /&gt;– Nie zakochałam się... – spojrzała się w drzwi do ich komnaty, znajdujące się kilka metrów od nich samych. - Poza tym teraz każdy się o niego martwi, rozejrzyj się Afrodite.&lt;br /&gt;– No daj spokój. Powiedz prawdę. &lt;br /&gt;– No przecież mówię. Czy kiedykolwiek kłamałam? – zapytała czarnowłosa elfka, próbując zbić współlokatorkę z tropu.&lt;br /&gt;– No nie, ale.. Hmmm... – Afrodite zamyśliła się. Po chwili doszły do swego pokoju i tam pozostały na razie.  &lt;br /&gt;Sheena i Arisa siedziały razem na łóżku, prowadząc rozmowę na temat planu oraz wizji Arisy. Niebieskooka elfka opowiedziała również przyjaciółce o swojej dzisiejszej wizji, którą miała podczas lekcji i wyjaśniła jej na czym polegała. Dotyczyła nieprzyjaciół, którzy naradzali się co począć dalej. Mijały im godziny, w końcu nadeszła pora kolacji. Dziewczyny wstały od stolika, na którym leżały szachy i plansza do gry w nie. Wyszły z pokoju, były naprawdę głodne. Idąc tak korytarzem, spojrzały po sobie i uśmiechnęły się do siebie nawzajem. Arisa nagle zaczęła biec.&lt;br /&gt;– Ścigajmy się! Kto pierwszy! – krzyknęła, miała przewagę już kilku metrów.&lt;br /&gt;– Heej! To nie fair! – Sheena zaczęła również biec, dogoniła Arisę po kilku sekundach, a jeszcze później przegoniła. Biegła szybko, a poruszając się nie wydawała żadnego dźwięku. Elfka była uważana za jedną z najszybszych w mieście. Dystans pomiędzy nią, a przyjaciółką zwiększał się z każdą chwilą coraz bardziej. Jednakże Arisa nie dawała za wygraną i próbowała dogonić współlokatorkę z całych sił. Wkrótce stanęła, dysząc, Sheena znikła za zakrętem. Oparła ręce na kolanach, lekko się pochylając, ale nadal stojąc.&lt;br /&gt;– Dobra! Wygrałaś!, Sheeno! – krzyknęła za przyjaciółką, lecz wątpiąc, że w ogóle ją usłyszy, a tym bardziej zatrzyma. Elfka wzięła głęboki wdech i wypuściła po chwili powietrze, jej oddech stawał się powoli normalny. Ruszyła zatem w stronę sali jadalnej, zeszła po schodach i po jakimś czasie znalazła się w dosyć ciemnym korytarzu i nieco przerażającym. Rozglądnęła się.&lt;br /&gt;– Chyba znowu się zgubiłam... – powiedziała sama do siebie, wspominając pałac, gdzie prawie zawsze się gubiła. – Ach ta moja orientacja w terenie.. Chyba nie jest zbyt dobra w budynkach. – dodała, bowiem na zewnątrz nigdy się nie gubiła, a jak już to bardzo rzadko. Próbowała znaleźć drogę, lecz tylko jeszcze bardziej się gubiła. Stanęła po kilku minutach zmęczona ciągłym łażeniem tu i tam. Rozejrzała się jeszcze raz, w korytarzu panował mrok. Nagle za sobą usłyszała głos, który z pewnością należał do jakiegoś chłopaka.&lt;br /&gt;– Co tutaj robisz? – powiedział szeptem, dosyć przerażającym. Elfka poczuła jego dotyk na swojej szyi, który powoli zmierzał w stronę obojczyków. Zesztywniała, jakby została zamrożona. Czytała kiedyś podania o istotach pijących krew i różnych podobnych. Od razu jej się to przypomniało. Nie wierzyła w te treści jednak. Widać było po niej, że była spięta i przestraszona. Poczuła jego dłoń, trzymającą jej nadgarstek lewej reki. Postać drugą rękę trzymała w okolicach jej obojczyków. Jęknęła cicho i zamknęła oczy ze strachu. Nagle postać odsunęła się od niej i zaśmiała z dziwnym tonem, po  czym powiedziała:&lt;br /&gt;– No co ty, chyba się nie przestraszyłaś? Myślałaś, że jestem Kubisou? – rzekłszy to, znowu się zaśmiał. Arisa dopiero teraz była w stanie się poruszyć, obróciła się i stała teraz twarzą do postaci stojącej z metr od niej. W ciemnościach ujrzała twarz Jallena, na której widniał drwiący uśmieszek.&lt;br /&gt;– Co się tak patrzysz? – zapytał lekko zirytowany.&lt;br /&gt;– Dlaczego to zrobiłeś? – nie odpowiedziała na jego pytanie, zadała jednak swoje.&lt;br /&gt;– Bo miałem ochotę... Ciekawiło mnie, czy się wystraszysz. – powiedział z parszywym uśmieszkiem.&lt;br /&gt;– Jesteś okropny! – krzyknęła ze złości.&lt;br /&gt;– No i co z tego? Nic mnie to nie obchodzi. – odparł i prychnął. Chłopak odwrócił się do niej plecami i zaczął iść przed siebie, nie zważając na dziewczynę. Szedł jak nigdy nic.&lt;br /&gt;– Dokąd idziesz? – zapytała elfka, nie ruszając się z miejsca. Ten nie odezwał się i udawał, że jej nie usłyszał. Zignorował ją. Arisa nie wiedząc co zrobić zaczęła iść za elfem, mając nadzieję, że doprowadzi ją do miejsca, gdzie będzie miała jako takie pojęcie, gdzie się znajduje. Patrzała na chłopaka uważnie, by nie stracić go z pola widzenia. Nie chciała zostać tu ani chwili, a nie pozostało jej nic innego, niż iść za nim. Z kolei Jallen nie zwracał na nią uwagi, idąc, co jakiś czas dotykał ściany. Po kilkunastu minutach doszli do schodów, z których Arisa wcześniej schodziła, rozpoznała je. Jallen wszedł po nich i ruszył w kierunku swej komnaty. Zielonooka elfka chciała iść już na kolację, ale zatrzymała się na chwilę i popatrzyła w stronę chłopaka.&lt;br /&gt;– Dzi-Dziękuję... – powiedziała do niego. Ten odwrócił tylko lekko w jej stronę głowę i wywrócił oczyma, po czym zamknął się w swojej komnacie. Arisa podjęła na nowo wędrówkę do sali jadalnej i po chwili już tam była, jedząc przygotowane posiłki. Sheena siedziała naprzeciwko niej i kończyła jeść. Gdy zjadła, spojrzała na przyjaciółkę swymi niesamowici niebieskimi oczyma.&lt;br /&gt;– Gdzie byłaś tak długo? – zapytała. Arisa w jej oczach zauważyła błysk ciekawości. Przełknęła jedzenie i popatrzyła się na współlokatorkę.&lt;br /&gt;– Ja... Ymmm... Zgubiłam się. – powiedziała w końcu, wzięła kolejny kęs do ust.&lt;br /&gt;– Och... A jak wróciłaś na dobrą drogę? Ktoś ci pomógł? – spytała się jej. Zielonooka elfka poczuła się trochę, jakby przyjaciółka czytała jej w myślach. Połknąwszy i ten kęs, uśmiechnęła się do współlokatorki. Nie wiedziała zbytnio jak odpowiedzieć na jej pytanie.&lt;br /&gt;– Tak jakby... – odrzekła po chwili namysłu, wstała, kończąc już jeść. Sheena również wstała od stołu,  cały czas spoglądając na Arisę swymi niebieskimi oczyma, które znowu błysnęły z ciekawości.&lt;br /&gt;– Opowiesz mi wszystko w naszej komnacie na spokojnie! – rzekła energicznie i uśmiechnęła się szeroko, a następnie ruszyła w drogę do ich mieszkania. Druga elfka poszła za nią, zamyśliła się na chwilę i potrząsnęła głową, wybudzając się z tego stanu. Dogoniła Sheenę, teraz już idąc równym krokiem z przyjaciółką. Nie minęło kilka minut, a doszły do drzwi komnaty. Weszły do środka i jak zwykle usiadły na jednym z dwóch łóżek umieszczonych w pomieszczeniu. Tym razem usadowiły się na łożu należącym do Sheeny. Elfka skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, siedząc po turecku i patrząc na przyjaciółkę.&lt;br /&gt;– No! To teraz mów. Umieram z ciekawości! – powiedziała z niesłychaną energią w głosie.&lt;br /&gt;– W to nie wątpię. – odparła Arisa, siedząc na jej łóżku, naprzeciwko Sheeny.&lt;br /&gt;– Noo proszę. Opowiedz. – poprosiła niebieskooka elfka z błagalnym spojrzeniem. Arisa westchnęła cicho i wywróciła swoimi zielonymi oczyma.&lt;br /&gt;– Ale w tym nie ma nic ciekawego. Po prostu się zgubiłam, Sheeno. – rzekła.&lt;br /&gt;– Ja i tak chcę wiedzieć! – odparła, nadal uparcie broniąc swojej ciekawości. Ale nie dawała za wygraną ze złośliwości, a jedynie dla wiedzy i ciekawości świata.&lt;br /&gt;– No dobrze., ale tylko dlatego, że nie chcę się sprzeczać. – powiedziała za lekkim uśmiechem na pięknej twarzyczce. Dziewczyna opowiadała jej o wszystkim co zaszło, gdy zgubiła drogę. Myślała jednak, że współlokatorka zacznie się śmiać po jej opowieści, ale ona tylko się zdziwiła. Bo przecież w końcu Jallen nigdy nie jest pomocny. Chociaż może on nawet nie miał zamiaru jej pomagać? Po prostu szedł w drogę powrotną, Arisa doskonale wiedziała, że nie przejmował się nią. Ale jednak nie mogła się dowiedzieć, co sobie wtedy myślał. A może w ogóle nie myślał o zdarzeniu? Tylko rozmyślał o swoich własnych sprawach. Westchnęła cichutko i opadła w zamyśleniu, nic więcej nie mówiąc przyjaciółce.&lt;br /&gt;– Nie mów, ze ci się podoba. – powiedziała Sheena pół żartem, pół serio.&lt;br /&gt;– Nie. To nierealne. – zaprotestowała szeptem, ale było to zgodne z prawdą.&lt;br /&gt;Wkrótce nadszedł moment, gdy mieli wyruszyć na ratunek Serafirusowi. Każdy był już przyszykowany do drogi. W łóżkach już leżały klony wybrańców. Następnie elfy użyły na sobie samych zaklęcia niewidzialności. Mieli wychodzić z komnat w dwójkach – tak jak zostali przydzieleni. - Oczywiście nie wszyscy naraz, każdy miał minutę na wydostanie się z budynku. Tak więc dostanie się na zewnątrz miało zająć około siedmiu minut. Elfy wykonały pierwszą część plany w około osiem minut, co było o wiele dłuższym czasem niż przypuszczano. Jednak mimo wcześniejszych założeń nie zagrażało to ich całemu zadaniu. Zebrali się w bardziej odludnej części miasta i gdzie nikt prawie nie chodził o tej porze. Arisa z Sheeną rozglądnęły się po zebranych, bowiem ten, kto jest niewidzialny, widzi innych niewidzialnych. Nikogo nie brakowało oprócz Jallena i Serafirusa. Obie popatrzyły teraz na Afrodite i Marie, stojące na przodzie grupy. Jedna z nich tłumaczyła właśnie teraz co zrobią potem. Ich pierwszy cel to Jaskinia Rotteriena, albowiem tam teraz przebywają lub przebywali wrogowie z porwanym Serafirusem. Ruszyli. Byli prawie niesłyszalni. Szli w ciszy, tak, że każdy z nich słyszał powiew wiatru. Niebo było ciemne, nie sposób było zobaczyć nawet księżyca, który dałby im chociaż odrobinę światła w te mroczne noce, jak i zarówno dni. Wokół widoczne były tylko drzewa i inne rośliny oraz potężne korony drzew w górze. Teraz zrobiło się naprawdę ciemno. A usłyszeć można było również inne odgłosy, do których dołączył las. A także, co jakiś czas dźwięki wydobywane przez zwierzęta różnej maści. Przez pierwsze kroki mieli poruszać się w ciszy, by ewentualnie nie dopuścić do odkrycia grupy. Każdy z elfów ukrył również swoja energię, by wykluczyć odnalezienie ich poprzez nią. Arisa rozglądała się co jakiś czas niespokojnie, w końcu jednak westchnęła głęboko i robiła to tylko po to, by nie wpatrywać się w jeden punkt okolicy. Myślała nad tym, co zrobią. Bo wprawdzie nikt nie mógł wiedzieć co się wydarzy, chyba, że dozna wizji. Popatrzyła się na swoją koleżankę. Ona wtedy również na nią spojrzała, jednak z uśmiechem. Arisa odwzajemniła go, jednak trochę nikle, bardziej uśmiechnąć się nie mogła, zbyt się martwiła. A las z każdą chwilą gęstniał niemiłosiernie. Było dosyć strasznie, przynajmniej Arisie się tak wydawało. Spojrzała na dziewczyny, idące na czele grupy, w nadziei, że ja to podniesie na duchu. Istotnie, gdy zobaczyła pocieszający uśmiech Afrodite, sama się uśmiechnęła, nawet nieco szerzej niż poprzednio. Jej wzrok powędrował w kierunku elfki obok Afrodite. Marie szła obok złotowłosej koleżanki. Zastanawiała się dlaczego ona taka jest. Jednak po chwili przestała zaprzątać sobie tym głowę, uznając te myśli za trochę niegrzeczne. Nagle poczuła coś dziwnego w swoim ciele. Jakby przeszyła ją jakaś energia. Spojrzała ze zdziwieniem w oczach na pozostałe elfy, one też miały zdziwione wyrazy twarzy.&lt;br /&gt;– To nic! Przeszliśmy tylko przez barierę chroniącą. Ona rozciąga się wokół miasta i jego okolic do pięciu kilometrów. Teraz możemy mówić, nie bojąc się, że ktoś nas odkryje. Również nasze energie tutaj nie zostaną wyczute, ale nadal miejcie je ukryte, ponieważ zawsze możemy natknąć się na nieprzyjaciół. – powiedziała nagle elfka, uspokajając wybrańców. Elfy zrozumiały, większość o tym zapomniała. Arisa również. &lt;br /&gt;– Boisz się? – zapytała cicho, prawie niesłyszalnie Sheena.&lt;br /&gt;– Trochę... – odpowiedziała również cicho Arisa, patrząc na dziewczynę obok. &lt;br /&gt;– Ja też. – rzekła cichutko niebieskooka. Szły dalej w milczeniu. Oddalali się coraz bardziej od miasta, kilometr za kilometrem. Na razie nie byli zmęczeni, jednak niedługo musieli odpocząć, gdyż zapewne większość zmorzy sen. Arisa popatrzyła na jedną z przewodniczek, Marie, swymi zielonymi oczyma. Elfka w czerni patrzała w korony drzew, jakby chciała, by księżyc wyjrzał zza powłok ciemnego nieba. Jej włosy połyskiwały, falując. Była pewna, że czarne oczy dziewczyny również błyszczały, chociaż ich nie widziała. Zielonooka westchnęła cicho i zaczęła patrzeć na drzewa. Znowu się zamyśliła. Sheena spostrzegła to i zapytała:&lt;br /&gt;– O czym tak myślisz?&lt;br /&gt;Arisa spojrzała się na nią, uśmiechnęła lekko, po czym schowała zziębnięte dłonie do kieszeni, a zrobiło się jeszcze zimniej.&lt;br /&gt;– O różnych rzeczach i sprawach... – odrzekła szeptem elfka.&lt;br /&gt;– Rozumiem... – odszeptała Sheena – Martwię się... Martwię się o nas wszystkich. – dodała. W dali zaczęła widnieć jaskinia, jednak nie była to ta, do której zmierzali. Tutaj mieli odpocząć.&lt;br /&gt;– Tutaj wypoczniemy. – powiedziała Afrodite. Cała grupa udała się do miejsca odpoczynku. Kiedy byli już przy samym wejściu, zaczął padać deszcz, rozprzestrzeniając szum uderzania kropel wody o liście po całym lesie. Elfy w samą porę ukryły się w jaskini. Jeden z chłopaków rozpalił pośrodku duże ognisko w połowie normalne, a częściowo za pomocą zaklęcia natury ognia. Arisa usiadła razem z przyjaciółmi Sheeną, Fardianem i jego współlokatorem Kinem. Usadowili się gdzieś w kącie jaskini i rozmawiali ze sobą przez czas pewien. W końcu jednak chęć zaśnięcia ich dopadła i usnęli zwinięci z opartymi głowami na swoich pakunkach. Światło ogniska oświetlało prawie całą jaskinię, a jego ogień roznosił ciepło do wszystkich zakamarków, tak więc nikomu nie było zimno. Zielonooka otworzyła na moment oczy i ujrzała Marie. Dziewczyna cały czas siedziała przy ognisku. Przynajmniej Arisie tak przyszło na myśl. Patrzała na jej włosy. Nic innego nie widziała, gdyż elfka siedziała do niej plecami, jednakże ona czuła, że Marie martwi się. Rozglądnęła się, wszystkie elfy już spały. Ona usiadła po turecku, ciągle patrząc na czarnowłosą. &lt;br /&gt;– Hej... Wszystko w porządku? – zapytała cichym głosem, tak, by mogła usłyszeć, jednak wystarczająco cicho, aby nikogo nie zbudzić. Marie siedziała, jakby nie usłyszała pytania córki królowej. Znajdowała się w pozycji z przyciągniętymi do siebie nogami, głowę miała opartą na kolanach, a ręce oplecione wokół nóg. Arisa wstała i podeszła do dziewczyny, przypatrując się jej, ta nawet nie zauważyła jej obecności. Zielonooka położyła na ramieniu czarnowłosej swoja dłoń i przykucnęła obok.&lt;br /&gt;– Wszystko w porządku? – spytała jeszcze raz. Elfka pod wpływem dotyku koleżanki poruszyła się lekko i odwróciła w jej stronę głowę, spoglądając teraz w jej oczy swoimi czarnymi jak obsydian i błyszczącymi teraz w świetle ognia. Nic nie powiedziała... Tylko wpatrywała się w dziewczynę, znajdującą się obok niej. Westchnęła cicho po dłuższej chwili i odrzekła:&lt;br /&gt;– Tak... Jest dobrze.&lt;br /&gt;Arisa uśmiechnęła się przyjaźnie, po czym wstała.&lt;br /&gt;– W porządku, nie martw się. Będzie dobrze. Zobaczysz. – powiedziała z uśmiechem i wróciła na miejsce. Chwilę jeszcze patrzała na dziewczynę w czerni, a następnie leżąc już wygodnie, zasnęła.&lt;br /&gt;Nazajutrz rankiem Arisa poczuła lekkie szturchanie w ramię. Podniosła delikatnie powieki, a nad sobą zobaczyła ładną twarz elfki o ciemnobrązowych, lekko postrzępionych włosach. Usta jej układały się w dosyć szeroki uśmiech, a niebieskie oczy jaśniały w poświacie ognia.&lt;br /&gt;– Wstawaj. Zaraz wyruszamy. – powiedziała szeptem Sheena, szturchając przyjaciółkę w ramię.&lt;br /&gt;– Już! Już... – odrzekła dopiero co wybudzona trochę leniwym tonem.&lt;br /&gt;–Zostało jeszcze dla ciebie jedzenia. – oznajmiła niebieskooka. Arisa usiadła po turecku przy swoim tobołku. Była nieco zaspana,  ale doskonale rozumiała co przyjaciółka obok mówi. Sheena podała jej tacę z jedzeniem, a córka królowej grzecznie podziękowała, wziąwszy tacę. Zaczęła jeść, a po kilku minutach skończyła tą czynność i oddała tacę.&lt;br /&gt;– Dziękuję. – powiedziała z uśmiechem. Czuła się już w pełni sił. Chwilę potem dwunastka wybrańców wyruszyła w dalszą drogę. A szli gęstym lasem, w którym słychać było liczne głosy zwierząt. Tego dnia nie padało, jednak ciągle było ciemno. Każdy elf w grupie był chociaż trochę zaniepokojony. Nie wiedzieli przecież co ich dokładnie czeka. Wędrowali tak dosyć długi czas, robiąc rzadko krótkie przerwy na odpoczynek. Kiedy minęło kilka godzin, zanim doszli do miejsca, z którego widać było ogromną i majaczącą w dali jaskinię. Można ją było ujrzeć, gdyż drzewa tutaj były nieco mniejsze i położone w większych odstępach o siebie. A było tak dlatego, że w tej okolicy ziemia nie była zbyt urodzajna, a powierzchnię gleby pokrywał piasek. Była to taka miniaturowa pustynia z jaskinią pośrodku. O tej okolicy krążyła legenda, dosyć znana między elfami. Nie minęło pół godziny, a doszli ostrożnie na miejsce. Wcześniej sprawdzili za pomocą magii, czy w jaskini coś lub ktoś się znajduje, jednak wewnątrz ani w okolicy niczego nie było prócz nieszkodliwych zwierząt. Arisa wlepiła swój wzrok w obraz jaskini, widziała ją w całej jej potężnej okazałości. Była olbrzymia, ale i nieco straszna. Wejście wyglądało jak paszcza jakiegoś straszliwego potwora, ze stalaktytami i stalagmitami pełniącymi rolę ostrych zębów, niosących śmierć innym. Na szczęście była to tylko zwykła grota, nie mająca w sobie ani jednej nadprzyrodzonej cechy. Budowa tego miejsca została uformowana tak fantastycznie przez naturę. Dziewczyna wpatrywała się w czarne wnętrze, z którego dochodziły dziwne dźwięki wiatru, przypominające cichy, pusty ryk. Westchnęła i uśmiechnęła się nikle, przypominając sobie historię owej groty, którą poznała w szkole na lekcjach dziejów. Jaskinia Rotteriena nazywała się tak, ponieważ pewnego razu władca elfów, o imieniu Rotterien I zatrzymał się tutaj ze swymi wojskami, kiedy niedaleko miała rozegrać się bitwa. Użył jej również do zasadzki, ukrył wewnątrz grupę swoich żołnierzy, którzy z zaskoczenia zaatakowali wrogów, gdy ci znajdowali się bardzo blisko kryjówki. Elfka odgarnęła kosmyk włosów z twarzy i uśmiechnęła się nieco szerzej. Przeleciała wzrokiem po zewnętrznej części jaskini i weszła do środka. Wewnątrz, oprócz stalaktytów i stalagmitów, występowały również stalagnaty. Wszystko to przypominało dziwny i mroczny las, który nagle mógłby się zawalić, więżąc w swojej paszczy pełnej ostrych drzew grupę nieświadomych elfów.&lt;br /&gt;– Ech... – westchnęła ciężko zielonooka. W pewnym momencie poczuła czyiś dotyk na swoim lewym ramieniu. Obejrzała się za siebie i zobaczyła twarz czarnowłosego elfa, na której widniał ciepły uśmiech, a jego ciemnoszare oczy lekko połyskujące w świetle pochodni, trzymanych przez niektóre elfy, spoglądały na nią pocieszająco.&lt;br /&gt;–Wszystko będzie dobrze, nie bój się. – Fardian patrzał na nią, mówiąc to. Wtedy podbiegł do nich Kin i stanął u drugiego boku elfki, ale też obok Sheeny. Nachylił się nieco do niej i powiedział cicho z żartobliwym tonem, jednak specjalnie na tyle głośno, by czarnowłosy elf słyszał.&lt;br /&gt;– A w razie czego będzie cię bronił jak ukochany! &lt;br /&gt;Arisa zarumieniła się lekko, ale w ciemnościach jaskini nie było tego widać. Jej przyjaciółka zaczęła się cicho śmiać, patrząc na dwóch chłopaków, z których jeden zaczął zasłaniać usta dłonią drugiemu, by nic już więcej nie mówił. Sama Arisa uśmiechnęła się szeroko mimo woli, patrząc na tą scenę. Niedługo potem jednak przeszukali całą jaskinię, a gdy znaleźli się w samej głębi, ujrzeli małe plamy zaschniętej krwi. Wyszli z tego miejsca jak najprędzej, nie chcąc na to wszystko patrzeć. Znajdując się już na świeżym powietrzu, usiedli robiąc sobie przerwę. Zielonooka elfka spojrzała się na Afrodite i Marie, które naradzały się co począć dalej. Arisa rozejrzała się po okolicy, nagle zobaczyła podobne drzewa, które widziała w wizji. Wstała i szybko pobiegła w tamto miejsce, nie zwracając uwagi na pytania Sheeny. Chwilę potem dogoniła ją przyjaciółka, która stanęła za nią zdziwiona zachowaniem Arisy, jak i tym, że nie była w stanie jej dogonić.&lt;br /&gt;– Ariso, wszystko z tobą w porządku? – zapytała się jej. Ta zwróciła ku niej swój wzrok, próbując uspokoić zmęczony oddech, wykrztusiła:&lt;br /&gt;– T-Tak.&lt;br /&gt;Jasnowłosa elfka przez jakiś czas przyglądała się uporczywie drzewom i zaroślom znajdującymi się za tymi pierwszymi. Wkrótce uświadomiła sobie, że to tędy musieli przejść wrogowie z Serafirusem, gdyż gąszcz w dali podobny był do tego z wizji. Dla całkowitej pewności Arisa rozpoczęła poszukiwania jakichś poszlak. Sheena tymczasem przypatrywała się wyczynom koleżanki. &lt;br /&gt; W tym czasie Marie i Afrodite rozdzieliły się, kończąc rozmowę i postanawiając co zrobić. Pierwsza z elfek po namowie poczęła spacerować po okolicy, myśląc o swej ostatniej wizji, dotyczącej wyprawy. Jednak ona sama nie mogła określić gdzie znajdowała się podczas jej przebiegu. Wiedziała jedynie, że na początku była w Jaskini Rotteriena, a potem już zgubiła się w gąszczu drzew na obrazach wizji. Afrodite natomiast udała się do siedzącej grupki elfów, by przekazać im co postanowiły i by zapytać, czy wszyscy się na to zgadzają. Nie chciała bowiem, żeby podejmowanie decyzji należało tylko do niej i Marie. Uważała, że jest to złe zachowanie wobec pozostałych, bo przecież oni również byli w to zamieszani. Czarnowłosa jak i złotowłosa był zawsze otwarte na propozycje innych wybrańców. Tak się złożyło, że dzięki uwadze Karmen i Tellany plan został ulepszony, a dzięki poinformowaniu elfek przez Dega o jego wizji, wiedzieli, że przez jedną czwartą drogi nie zdarzy im się nic złego. W grupie tych elfów siedzieli Fardian i Kin, którzy dysputowali teraz o sprawach w ogóle nie związanych z misją. Mówili to o mieczach, to o łukach, rozmawiali też o tym, jak każdy z nich nauczył się walczyć. Potem przeszli do tematów „bardziej tajnych”. W pewnym momencie Kin spostrzegł krzątającą się niedaleko drzew Arisę i szturchnął łokciem przyjaciela.&lt;br /&gt;– Hej, patrz, twoja ukochana coś tam dziwnego robi. – powiedział cicho, by nikt inny nie słyszał.&lt;br /&gt;– To nie moja ukochana! – powiedział do kolegi telepatycznie, czyli w umyśle.&lt;br /&gt;– Dobrze, dobrze. Daj spokój. I tak wiem, że się w niej zakochałeś.– odpowiedział Kin, ale tym razem również telepatycznie. Czarnowłosy chłopak westchnął i przewrócił oczyma, po czym utkwił wzrok w blondwłosej elfce.&lt;br /&gt;– Chodźmy dowiedzieć się co takiego tam wyprawiają Sheena i Arisa. – powiedział kontaktując się umysłowo z Fardianem. &lt;br /&gt;– Dobrze. – odrzekł w myślach i wstał. Kin zrobił to samo, ale po tym przeciągnął się mocno i ziewnął. Oboje ruszyli w stronę dziewczyn, a gdy doszli, podeszli do niebieskookiej i zapytali co robią w tym miejscu. Sheena uświadomiła im, że sama tego nie wie i czeka na wyjaśnienia przyjaciółki.&lt;br /&gt;– Mam!! – krzyknęła nagle Arisa, kucając przy jednym z drzew i strzepując liście, by było lepiej widać ślad krwi, już jednak zaschniętej. &lt;br /&gt;– Co masz? – zapytała Sheena i podeszła do dziewczyny. Arisa popatrzała się na brązowowłosą wtedy i lekko się uśmiechnęła, po czym wstała.&lt;br /&gt;– Poszli tamtędy. – powiedziała, wskazując palcem kierunek. &lt;br /&gt;– Nieprzyjaciele? – zapytała Sheena.&lt;br /&gt;–Tak. – potwierdziła. &lt;br /&gt;Tymczasem Fardian i Kin przyglądali się im obu, a zwłaszcza jasnowłosej cały czas zdziwieni. Czarnowłosy elf westchnął, natomiast drugi zapytał:&lt;br /&gt;– Skąd wiesz? &lt;br /&gt;Zielonooka przeniosła wzrok z przyjaciółki na kolegę Fardiana. Wytłumaczyła mu, że wcześniej miała wizję, w której widziała to miejsce, ale nie wiedziała do końca gdzie ruszyli po wyjściu z jaskini. Powiedziała również, że ten gąszcz w dali wydaje jej się znajomy i dla pewności szukała jakichś wskazówek, stojących za jej twierdzeniem. I znalazła jedną. A opowiedziawszy o tym im, wskazała palcem na plamę zaschniętej krwi w okolicach pnia drzewa. &lt;br /&gt;– Krew. – dokończyła swą opowieść, ukazując wskazówkę.    &lt;br /&gt;– Skąd masz pewność, że to jego? Może to być krew jakiegoś zwierzęcia. –  odrzekł.&lt;br /&gt;– Nie widzisz, że są tu śladu, które świadczą o przechodzeniu w tym miejscu dużej ilości osób? – zapytała, broniąc swojego zdania. &lt;br /&gt;– No dobrze... Jak uważasz. Ale Afrodite i Marie mają już plan. – powiedział Kin i westchnął potem.&lt;br /&gt;Podczas ich rozmowy podeszły do nich dwie bliźniaczki Natria i Electria. Ich kasztanowe włosy połyskiwały nieraz w małej ilości światła, natomiast oczy spoglądały z lekką ciekawością na Fardiana, Sheenę, Kina i Arisę. Gdy zbliżyły się, stojąc jakiś metr od nich, Kin zwrócił na nie uwagę i uśmiechnął się do elfek szeroko.&lt;br /&gt;– O czym rozmawiacie? – zapytała Natria z uśmiechem na twarzyczce.&lt;br /&gt;– Arisa odkryła, w którą stronę poszli porywacze Serafirusa. – odpowiedziała na pytanie niebieskooka Sheena.&lt;br /&gt;– Trzeba o tym powiedzieć Afrodite. Zaraz po nią pójdziemy. – rzekła Electria. Arisa podziękowała im za to. A one po tym uśmiechnęły się do nich uprzejmie i ruszyły w stronę drugiej grupki, gdzie znajdowała się złotowłosa elfka, Afrodite. Gdy tam doszły, opowiedziały dziewczynie o tym, o czym poinformowała je Sheena. Następnie zaprowadziły ją do elfów niedaleko drzew, gdzie Arisa znalazła ślady. &lt;br /&gt;– Co tam znalazłyście? – zapytała złotowłosa, zbliżając się do grupki z Natrią i Electrią u boku, uśmiechając się promiennie.&lt;br /&gt;– Poszli tamtędy. – powiedziała Arisa, wskazując kierunek ręką, po czym wszystko od nowa wytłumaczyła co i jak. Naprawdę nie miała na to ochoty, jednakże wypadałoby to zrobić dla dziewczyny, która wszystko zorganizowała. Po wyjaśnieniach złotowłosa elfka poszła poszukać Marie i uzgodnić z nią zmiany w planie. Gdy to zrobiła udała się do innych wybrańców i powiedziała im o zmianach w planie. Nikt się nie sprzeciwił. A minęło parę minut, zanim całe zamieszanie zanikło. Wkrótce potem grupka wyruszyła w dalszą drogę, zgodnie z nowym planem. Marie i Afrodite szły na czele, a za nimi Sheena, Arisa, Fardian i Kin. Na końcu natomiast znajdowały się Natria i Electria, gdyż to one potrafiły wyłapać najcichsze odgłosy otoczenia i skutecznie je przeanalizować. Bardzo rzadko się myliły. Z tego miejsca mogły również pilnować, czy nikt ich nie śledzi, a na dodatek Natria dobrze dogadywała się ze zwierzętami i mogła z nich wyciągnąć informacje. Na ramieniu owej elfki siedział dosyć duży i piękny ptak drapieżny. Dzięki jego wspaniałemu wzrokowi mogła wypatrzeć rzeczy znajdujące się w bardzo dalekich odległościach. Sama na taką dużą odległość nie widziała. Ponadto maszerująca obok niej Electria, za pomocą przesyłania mikroskopijnych ładunków elektrycznych w powietrzu mogła z łatwością wyśledzić wszystkie stworzenia i rzeczy w obrębie pewnej odległości od niej samej. Działało to na zasadzie podobnej do wypuszczenia fali wody, która odbijała się od napotkanych przedmiotów i istot. Ona dzięki fali elektrycznej potrafiła dowiedzieć się co to jest, gdy informacja wróciłaby do niej po odbiciu od przeszkody. Obie cały czas były uważne, aby niczego nie przeoczyć przypadkiem. Tymczasem w środku znajdowały się pozostałe elfy, ale i te nie szły bezczynnie. Każdy miał jakieś zadanie, pasujące go jego umiejętności.&lt;br /&gt;Mijały godziny, a oni nadal wędrowali uparcie, jakby nigdy nie kończącym się lasem. W pewnym momencie Arisa stanęła, spostrzegając coś, a idący za nią Fardian zderzył się z nią, po czym szybko odsunął od elfki, przepraszając i rumieniąc się lekko. Dziewczyna jednak nie zwróciła na to najmniejszej uwagi, zajmując swe myśli zupełnie czymś innym. Stała przyglądając się okolicy, minęła chwili i zorientowała się, że to tutaj nieprzyjaciele, których szukają, wzlecieli w powietrze w jej wizji. Rozglądnęła się dla pewności jeszcze kilka razy. Dopiero po tym spostrzegła, że pozostali również się zatrzymali.&lt;br /&gt;– Wszystko w porządku? – usłyszała dźwięczny głos Afrodite. Wtedy też przerzuciła na nią wzrok swój, a następnie odrzekła:&lt;br /&gt;– Tutaj... tutaj w mojej wizji wlecieli w powietrze i dalej nie mogłam za nimi iść. &lt;br /&gt;Złotowłosa lekko zbladła, gdyż nie wiedziała co dalej począć w takim wypadku. Wiedziała, że większość z nich miała wizję, dotyczącą ponownego zatrzymania się i ich przystanku w rowie. &lt;br /&gt;– Czy gdzieś w okolicy znajduje się jakiś olbrzymi rów? – zapytała się swojej towarzyszki, Marie. &lt;br /&gt;Większość nie wiedziała nic, nieliczni tylko mówili, że od Jaskini Rotteriena rozłożonych jest kilka rowów. A że w takich warunkach nie mogli sprawdzić w żaden sposób w jakim kierunku podążają nikt nie wiedział co zrobić.&lt;br /&gt;– Przydałby się Jallen... – powiedział Deg.&lt;br /&gt;– Huh? On? – zapytał z niedowierzaniem Kin.&lt;br /&gt;– Tak, on. Zna się na tym wszystkim. A nazwę danego wzniesienia na przykład może ci nawet powiedzieć o północy, gdy  go obudzisz. – odrzekł.&lt;br /&gt;– Na serio? – wtrąciła się Afrodite. – Może jakoś się z nim skontaktujemy? &lt;br /&gt;– I na pewno wam pomoże. – odparł Kin z wyraźną ironią w głosie. Deg popatrzał się na niego, po czym westchnął ciężko. Przymknął na chwilę oczy i otworzył je po kilku sekundach, mówiąc:&lt;br /&gt;– On naprawdę jest w tym dobry... Może nie widać tego po nim, ale on również jest taki jak my. Pokazuje się tylko z tej złej strony. – kiedy współlokator Jallena powiedział to, złotowłosa skierowała wzrok ku niemu. Obdarowała go lekkim uśmiechem.&lt;br /&gt;– Więc może jednak spróbujemy poprosić go o pomoc? Nie mamy nic do stracenia. – rzekła, cały czas mając nadzieję, że się uda wszystko.&lt;br /&gt;– Zawsze można spróbować. Mimo że Jallen jest egoistą i zachowuje się jak dupek... – westchnął tylko nie kończąc tej wypowiedzi.&lt;br /&gt;Dziewczyna pobiegła szybko do Marie, aby przekazać jej czego się dowiedziała. Potem poszła do elfki imieniem Karmen, zapytała się jej, czy mogłaby skontaktować się z Jallenem. Wiedziała, że ona jest w tych sprawach najlepsza z wybrańców. Dziewczyna o jasnobrązowych włosach zgodziła się i udałą w przestronne miejsce, gdzie nikogo nie było. Podczas kontaktowania się chciała być sama, gdyż coś mogło ją rozproszyć, przez co rozmowa z Jallenem urwałaby się. Usiadła więc w spokojnym miejscu, znalazłszy je uprzednio, znajdującym się przy małym bajorku. Wokół niej rosło wiele drzew, co jest oczywiste w lesie, jednakże tutaj trawa byłą bujna, wysoka i soczyście zielona. Karmen wzięła głęboki wdech, uwielbiała świeże powietrze, a woda ze stawiku wzmacniała jeszcze tą cechę. Siedząc po turecku, oparła ręce na nogach i przymknęła oczy, zasłaniając je swymi powiekami. Przez dłuższą chwilę myślała jak będzie się jej rozmawiało z wybrańcem, z którym miała się skontaktować. Skupiła się z całych sił na koledze. Mijały minuty, w końcu jednak jej dusza ulotniła się z ciała. Ono siedziało nie wykonując nawet najmniejszego ruchu. Duch jej natomiast pojawił się w pokoju Dega i Jallena, teraz jednak była tam tylko jednak osoba. Podeszła do chłopaka, ten z początku jej nie zauważył, był pogrążony w czytaniu książki. Elfka przypatrzyła się okładce, na niej było napisane „Podróże Grandea Eldora”. Jallen oderwał wzrok od stronic książki, spostrzegł jakby wizję jednej z wybrańców. &lt;br /&gt;– C-Co tu robisz? – zapytał cicho. &lt;br /&gt;– Potrzebujemy twojej pomocy... – odrzekła Karmen, stojąc przy łóżku chłopaka. &lt;br /&gt;– Mówiłem, żebyście mnie w to nie mieszali... – odparł po krótkiej chwili czarnowłosy elf samotnik.&lt;br /&gt;– To naprawdę pilne. Nie wiemy gdzie utknęliśmy....  A musimy dotrzeć do jakiegoś rowu, ale w pobliżu Jaskini Rotteriena znajduje się ich kilka. – powiedziała, a w oczach chłopaka można było dojrzeć dziwny błysk. Odłożył książkę i wpatrzył się w elfkę, a raczej jej niemal przezroczystą wizję.&lt;br /&gt;– A gdzie jesteście? – zapytał z lekkim uśmieszkiem. Wyciągnął złożony w kwadrat papier. Rozłożył go na łóżku, była to karta o rozmiarach około trzydzieści centymetrów na trzydzieści, wyglądała jak zwykła mapa całego świata. Dotknął potem wskazującym palcem powierzchni papieru, a obraz zbliżył się w najbliższe lasy im znane, dotkną potem jeszcze raz i teraz widniał tam obraz najbliższej okolicy stolicy. &lt;br /&gt;– No gdzie? – zapytał drugi raz. Elfka podeszłą bliżej mapy, lekko zafascynowana przedmiotem. Rzadko można było takie spotkać. &lt;br /&gt;– Wspaniała...– szepnęła cicho, dotknęła palcem mapy w odpowiednim miejscu. Obraz znowu się zbliżył.&lt;br /&gt;– Tutaj? – zapytał Jallen, nań spoglądając. Ona potwierdziła to skinieniem głowy.&lt;br /&gt;– Czyli zdążacie teraz tam... – myślał głośno. – Musicie iść prosto pięć mil, a następnie skręcić na północny zachód... Wtedy dojdziecie do Rowu Miligaraza. – wytłumaczył chłopak elfce Karmen. &lt;br /&gt;– Dziękuję. – podziękowała i zniknęła. Dziewczyna otworzyła oczy i wzięła głęboki wdech, po czym wypuściła powietrze z płuc. Dusza wróciła do jej ciała z informacjami. Wstała, ale gdy to zrobiła, zachwiała się lekko.  Oparła się o drzewo, aby nie upaść na ziemię, kręciło jej się dosyć mocno w głowie... To dlatego. Zamknęła na kilka sekund oczy, a po upływie tego czas otworzyła je, było jej znacznie lepiej. A czując się lepiej, odsunęła się od drzewa i ruszyła w kierunku pozostałych elfów. Odnalazła szybko Afrodite i opowiedziała jej o skontaktowaniu się z Jallenem i udzielonych przez niego wskazówkach.  Ta z kolei przygotowała wszystkich do dalszej podróży. Po kilku minutach już wyruszyli. Szli w dobrym kierunku, a przynajmniej w tym, który wskazał im Jallen. Sheena i Arisa cały czas podążały za czarnowłosą i złotowłosą, co jakiś czas rozmawiając ze sobą, a gdy temat się skończył, podziwiały okolicę, która jednak ze swojej racji nie była zbyt złożona. Zmiana zaszła tylko w osobach prowadzących, ponieważ nie prowadziły Marie i Afrodite, a Karmen, idąca kilka kroków przed nimi. Ona najlepiej wiedziała co i jak, dlatego, że to ona kontaktowała się z pozostałym w mieście Jallenem. &lt;br /&gt;Tak godziny im mijały na spokojnym marszu. Ale owy spokój nie trwał długo. Elfy na przedzie nagle zostały poinformowane o dużej liczbie zwierząt przez Electrię i Natrię. Było ich zbyt dużo w jednej grupie jak na gęsty las... Obie elfki uważały to za dosyć dziwne zjawisko i dlatego zdecydowały się powiadomić pozostałych o tym co odkryły. Niespodziewanie jednak zwierzęta, które dwie elfki wcześniej wykryły, po prostu zniknęły... Jakby rozpłynęły się w powietrzu, gdyż nie można było ich już wyczuć, a niemożliwym było to, ażeby stworzenia te w tak błyskawicznym tempie przeniosły się poza granice pola, które mogły „obserwować”. Cała grupa stała się od tego czasu czujna. Reagowali nawet na najcichszy szmer...Najmniejsze poruszenie w okolicy. Każdy z nich bacznie przyglądał się otoczeniu i wsłuchiwał się w las. Zbliżali się do dosyć wysokiego wzniesienia. Tędy musieli przejść. Od tego punktu do rowu dzieliła ich już tylko prosta droga. Okolica stawała się tutaj coraz ciemniejsza i mroczniejsza, drzewa przypominały monstra, gotowe w każdej chwili się na nich rzucić. Każde wycie wiatru kojarzyło się im z rykiem rozwścieczonych drzew o przerażających kształtach. W pewnym jednak momencie zrobiło się cicho... Za cicho. Ktoś zobaczył dziwny błysk w ciemnościach. A potem tylko dało się słyszeć potężny grzmot rozlegający się nad lasem. Wybrańcy uznali to za zwykłą burzę, która właśnie nadchodziła dużymi krokami. Jednak elf, wcześniej dostrzegłszy dziwny błysk, nie dawał a wygraną i mówił, że było to coś dziwnego... I nie przypominało z pewnością błyskawicy. Nikt mu nie uwierzył do końca. Wtedy jednak usłyszeli niezbyt normalny odgłos, jakby warkot. Automatycznie odwrócili się za siebie. Ich oczom ukazała się wataha wilków. Nie była zwykła. Wilki były jakby z dziwnego światła, materią świetlną w kształcie owego zwierzęcia. Z większości również wydzielały się wyładowania elektryczne. Były o wiele większych rozmiarów niż normalne. Stwory warczały i szczerzyły ostre jak brzytwy kły. Widać w ich oczach było zło. Chcieli się odwrócić i uciekać, ale gdy spróbowali, przed nimi pojawiła się druga gromada, składająca się z podobnych wilków co tamte. Istoty te odcięły im drogę ucieczki, gdyż po bokach nie mogli się wydostać – był tam gęsty las, prawie nie do przejścia. Nie zdążyliby tamtędy uciec. - Elfy były osaczone, a wilki zbliżały się coraz bardziej. Zawiał mocniejszy powiew wiatru. Wybrańcy zbili się w małą grupkę. Nie wiedzieli jak postąpić ze stworami... I do tego tak licznymi. Stali ramię w ramię, wpatrując się uważnie w wilki, te z kolei zbliżały się cały czas... Coraz bliżej. „Co zrobić, co zrobić?” - myślał każdy wybraniec. Nastała przerażająca cisza, przerywana tylko warczeniem. Wszystko potoczyło się tak szybko. W jednej chwili jedna z bestii rzuciła się w kierunku Sheeny i Arisy z otwartym pyskiem i złowrogim spojrzeniem. Fardian zauważywszy to , skoczył ku nim, przez co wilk wylądował na chłopaku, a nie na jednej z elfek. Przerażone dziewczyny ledwie coś wymyśliły. Arisa w jednej sekundzie chwyciła mocno rękę czarnowłosego elfa o ciemnej karnacji, a Sheena tymczasem użyła zaklęcia natury ziemi. By jego użyć położyła dłonie na podłożu, a po chwili pod Fardianem i wilkiem otworzyła się przepaść dostatecznie duża, by mogli w nią wpaść. Zielonooka z całej siły przytrzymała rękę chłopaka, tymczasem potwór nie mając z żadnej strony pomocy spadł w otchłań. Arisa zaczęła wciągać w pośpiechu elfa, brązowowłosa pomogła jej i przyjaciel szybko znalazł się na stałym gruncie. Przepaść zwarła się po tym. Pozostałe istoty, rozwścieczone rzuciły się na wszystkich wybrańców. Gdy kilka z nich zdążyło zranić kilku elfów, dosyć niespodziewanie dziewczyna w czerni podniosła ręce w górę. Rękawy opadły z jej zabandażowanych rąk. Zaczęła wypowiadać słowa, których nikt nie mógł zrozumieć... Oprócz Arisy. Dziwnym trafem mogła je przetłumaczyć, ona sama nie wiedziała jak. Wypowiedź Marie brzmiała tak w tłumaczeniu Arisy, wpatrującej się w czarnowłosą: Panie ciemności! Ty, który z chaosu powstałeś! Maska z krwistoczerwonych kości! Trzask płonącego drzewa! Trzepot skrzydeł miliona czarnych kruków sunących w stronę śmierci! Ból i cierpienie! Krzyk agonii! Wzywam cię! - blondynka patrzała na to z przerażeniem. Nie wiedziała co ma o tym myśleć... Bo przecież to jedno z wielu zakazanych technik przywoływania. Tylko raz na długi czas rodziła się osoba, mogąca wykorzystać to zaklęcie. Ale Marie nie powinna nawet o nim słyszeć... Zresztą ona sama też... Matka jej opowiedziała o takich technikach, by ostrzec ją przed ich skutkami. Po słowach wypowiedzianych przez czarnowłosą, atmosfera zrobiła się cięższa... I to dosłownie. Drzewa wysuszyły się tak samo jak ziemia, która chwilę potem zaczęła się także rozwierać. Zaczęła powstawać ogromna przepaść, z której wydobywał się ogień. Arisie zdawało się, że sięga ona samych piekieł. Płomienie były zarówno normalne, jak i zupełnie czarne. Bestie stanęły jak wryte, patrząc na zjawisko ze strachem w oczach. Elfy również patrzały na to tak samo. Minęło kilka sekund... Z przepaści wylała się fala normalnego ognia pomieszanego z czarnym. Wszystko zaczęło się palić, jednak płomienie nie dosięgły elfów ani też dziwnych wilków. W ziemię uderzyło kilka piorunów o czerwonawym zabarwieniu. A potem nagle... z otchłani wynurzyła się olbrzymia i przerażająca postać, a raczej tylko jej górna część od pasa. Potwór był mocno umięśniony i zapewne lekkim poruszeniem małego palca mógł zmieść w proch kilka światów naraz. Jego skóra była czarna niczym węgiel i zrogowaciała, a gdzieniegdzie paliła się żywym ogniem. Twarzy nie było widać, zakrywała ją czarna maska z otworami na oczy. Wygląd jej był tak samo straszny jak sama postać. Widoczne oczy zza maski całe zabarwione były na czarno, nie posiadały białek, a pośrodku znajdowały się czerwone, zwężone źrenice, przypominające kocie. Emanowała z nich chęć mordu i zniszczenia wszystkiego na swej drodze. Arisa spojrzała się na niego... Na jego rzędy ostrych zębów... Na rogi wyłaniające się z czaszki, maski i ciała oraz na szpony, a następnie na szpiczaste uszy. Potem spostrzegła wiele potężnych i mocnych kolców, wyrastających z barków, pleców i ramion. Gdy potwór dotknął lekko palcem ziemi, wszystko się zatrzęsło, a większość palących się drzew złamało się. Z ust niesamowicie strasznej postaci wysunął się długi, rozdwojony język. Wyglądające przy nim jak mak do makówki wilki, poczęły się unosić i lecieć w kierunku demona. Elfy oddychały z trudnością, prawie się dusząc. Taka była jego moc. Chwila, dwie... Potem już stwór pożarł wszystkie wilki. W pewnym momencie zza drzew wyleciała kolejna postać. Była jednak bardziej podobna do człowieka, a przynajmniej miała takie kształty. Ubrana była w płaszcz, który osłaniał ją całą. Demon pożarł i ją. Elfy natomiast miały dziwne przeczucie, że był to jeden z ich wrogów. Nie wiedzieli jednak skąd mogli to wiedzieć. Potwór z piekła zaczął wychodzić z otchłani cały, ale Marie ostatkami sił powstrzymała go, a ten wrócił z powrotem do swego świata, podczas gdy przepaść się zwarła. Było po wszystkim... Acz czarnowłosa upadła na kolana, a potem całkowicie na ziemię. Pozostałe elfy oderwały wzrok od zamkniętej już otchłani i zobaczyły, że dziewczyna ma na ciele wiele ran. Ręce jej były przebite na wylot, na przedramionach i ramionach widniały cięte, głębokie zadrapania. A klatka piersiowa elfki była w koszmarnym stanie, tak jak pozostałe miejsca na jej zgrabnym, pięknym ciele. Krótko mówiąc była poważnie ranna... A nawet bardzo. Mogło to doprowadzić za kilka chwil do śmierci elfki. Wszystkie rany znalazły się na jej ciele w niewytłumaczalny sposób. Jakby same z siebie się pojawiły. Podbiegli do przyjaciółki, mimo swoich ran, które również były uciążliwe.&lt;br /&gt;– Marie! – krzyknęła rozpaczliwie Afrodite, która dobiegłszy, padła na kolana przy przyjaciółce. Popatrzała ze strachem. Z oczu popłynęły jej łzy.&lt;br /&gt;– Marie! – krzyknęła znowu w cierpieniu i rozpaczy, płakała żałośnie nad współlokatorką. &lt;br /&gt;– Mówiłam... Prosiłam cię... Żebyś tego nie używała nigdy. – dodała szeptem. Tak cicho... Tak cicho, że pozostali prawie nie mogli dosłyszeć wypowiedzianych słów. Czarnowłosa popatrzyła się na Afrodite ledwie przytomnym spojrzeniem, teraz już pozbawionym blasku... Jakby zmatowiałym.&lt;br /&gt;– Przepraszam... – wyszeptała cicho, zamykając powoli oczy. Odpływała w nicość... Umierała. A w oczach zebranych wokół tliły się łzy. Gościły one nawet u chłopców... Jednak to Afrodite płakała najmocniej, cały czas powtarzając imię przyjaciółki i współlokatorki. Trzymała jej mocno poranioną rękę. Chciała aby to był tylko sen... Koszmar. Ale nie. Niestety, to była rzeczywistość. Nie wiedzieli co począć, takich ran żadna magia nie uleczy, obrażenia były bardzo poważne.&lt;br /&gt;– Marie... – znowu szepnęła teraz jeszcze rozpaczliwszym głosem. Każdy chciał jakoś pomóc, coś zrobić, aby tylko uratować towarzyszkę. Jednak nie było takiego sposobu. A kałuża krwi powiększała się z każdą chwilą. Arisa również na to patrzała... i nie mogła tego znieść... Tego, że ktoś umiera na jej wrażliwych oczach i do tego w ten sposób. Nie chciała na to patrzeć. Cały czas myślała: „Co zrobić?”, „Co mam zrobić?”. I chociaż nie była w bliskich stosunkach z dziewczyną, chciała pomóc. Każdego wybrańca traktowała od niedawno jak członka rodziny. Cały czas miała również dziwne uczucie. Ogarniało ją jakby od środka, a potem rozprzestrzeniało się aż po końcówki jej palców. Było to niesamowicie miłe ciepło przeplatane z równie miłym chłodem. Nie potrafiła tego dokładnie określić, lecz czuła, że zaraz coś może się stać. Nagle spostrzegła, że jej ciało porusza się wbrew woli właścicielki.&lt;br /&gt;– „Co się dzieje?” – zapytała samą siebie w myślach.&lt;br /&gt;A ciepło i chłód ogarniały ją coraz bardziej. Dziwiła się... A przede wszystkim bała. Nie miała pojęcia co się z nią dzieje. Widziała jak nogi próbują się poruszyć, chcąc iść. Wtedy usłyszała również czyiś głos, który był spokojny oraz dosyć znajomy.&lt;br /&gt;– „Nie opieraj się.”&lt;br /&gt;– „K-Kim jesteś? Co robisz?” – zapytała z przerażenia swe myśli.&lt;br /&gt;– „Nie poznajesz mnie?” – spytał się ciepły i melodyjny głos, słychać było w nim smutek.&lt;br /&gt;– „M...Mama? – powiedziała z niedowierzaniem, już miała pewność, ale jej wypowiedź brzmiała pytająco. - „Co się dzieje?” - zadała pytanie w swoim umyśle.&lt;br /&gt;– „Próbuję wam pomóc. Wiem co zrobiliście. Przed królową niczego nie ukryjecie... Ale... Ariso mogłaś mi powiedzieć. Nie wydałabym cię, córeczko”. – odpowiedziała. – „A teraz nie opieraj się, spróbujemy stworzyć jedność.” – poleciła Illumielle swym łagodnym i czysto brzmiącym tonem.&lt;br /&gt;– Dobrze... – odrzekła i odetchnęła. Zaczęła skupiać się na tym, by złączyć siebie i matkę. Tym razem poczęło ogarniać ją wspaniałe uczucie, którego opisać jednak nie sposób było. Dwie części tworzyły jedność, to jedyne co zrozumiała. Zaczęła iść, przeciskając się pomiędzy elfami w stronę dziewczyny w czerni i złotowłosej. Sheena natomiast spojrzała się na nią ze zdziwieniem, a jej niebieskie oczy szkliły się od łez przez to wszystko.&lt;br /&gt;– Co ona wyprawia? – szepnęła do siebie tak cicho, że nikt tego nie słyszał oprócz jej samej. Wpatrywała się w przyjaciółkę cały czas, prawie bez mrugania powiekami ani też nie ruszała się z miejsca, kiedy Arisa cały czas szła. Jej włosy połyskiwały w jakimś nikłym świetle, kiedy się poruszała, a oczy błyszczały zielenią i złotem. Elfka czuła jakby unosiła się, a poruszała za pomocą matki. W końcu uklękła przy Marie naprzeciwko Afrodite. Ta opatrzyła się na nią swymi zapłakanymi oczyma, to było całkowite przeciwieństwo zawsze uśmiechniętej złotowłosej, nie mogła patrzeć na nią w takim stanie. Dziewczyna nic nie powiedziała, kiedy blondwłosa dotknęła klatki piersiowej i brzucha czarnowłosej elfki. Arisa poczuła przelatującą przez nią olbrzymią energię... Była to jej i Illumielle połączone w jedno. Zerknęła na swe ręce, które błysnęły właśnie białą i silną poświatą, po chwili ona cała i Marie nią świeciły. Na całą tą sytuację patrzały elfy z lekkim przerażeniem w oczach, niektórzy mieli pootwierane usta z zdziwienia. Tymczasem poświata była coraz jaśniejsza i niemal oświetlała całą okolicę oślepiając wybrańców. Rany Marie zaczęły zanikać, gdy Arisa wypowiedziała dziwne i niezrozumiałe słowa, jednakże głos był inny... Należał do jej matki, ale nikt z zebranych nie zwrócił na to uwagi, ponieważ byli oni zajęci obserwacją zajścia. Minęło już kilka minut i obrażenia elfki w czerni znikły całkowicie, pozostała jednak nieprzytomna.&lt;br /&gt;– Dziękuję... – szepnęła Arisa na wpół w myślach i na wpół w rzeczywistości, nawet o tym nie wiedząc.&lt;br /&gt;– „Nie ma za co córeczko... Zawsze możesz na mnie polegać”. – powiedział głos matki w jej umyśle. Po chwili poświata znikła, a zielonooka upadła na ziemię obok Marie, tracąc przytomność. Teraz już mieli dwie nieprzytomne towarzyszki. Afrodite przysunęła się bliżej obojga elfek i sprawdziła, czy ich serca biją.&lt;br /&gt;– Żyją... – rzekła z wielka ulgą, kamień spadł jej z serca, ale nadal się martwiła. W tym czasie Sheena już zdążyła podbiec w sam środek zamieszania.&lt;br /&gt;– Arisa! – krzyknęła, gdy klękając tuż przy nieprzytomnej i bliskiej przyjaciółce. Momentalnie przytuliła jej bezwładne ciało do siebie.&lt;br /&gt;– Nie martw się... Żyją. – powiedziała złotowłosa, płacząc... Teraz jednak już z radości. A Sheena istotnie czuła jak serce przytulanej przez nią elfki bije, a to był znak, że nie umarła. Zaczęła płakać ze szczęście, że nie skończyło się to tragicznie. Pomyślała, że powinni odpocząć, lecz zanim zdążyła to powiedzieć, Afrodite już właśnie o tym mówiła, że wszyscy muszą odpocząć przed dalszą drogą. Zorganizowawszy się tak, elfy o większych siłach, czyli ci, którzy nie utracili zbyt dużej ilości energii podczas walki, stworzyły jaskinię za pomocą magii alchemicznej. Była tak duża, by spokojnie mogła pomieścić całą dwunastkę. Nieprzytomne Marie i Arisę wniesiono jako pierwsze i ułożono na matach blisko siebie i okryto kocami, które na wszelki wypadek każdy wziął. Innych rannych uleczono. Tak więc z wszystkimi było już dobrze. Większość była zmęczona tym dniem, a ci, którzy leczyli czuli zmęczenie jeszcze mocniejsze. Mogli teraz odpocząć i tak postąpili. Sheena siedziała jednak przy Arisie niestrudzenie, patrząc w zmartwieniu, tak samo jak Afrodite przy Marie, która jednak później od niej to zrobiła, gdyż wszystkim pomagała w zajmowaniu się innymi. Mijały na tym wszystkim godziny, a elfy powoli odzyskiwały siły, podczas gdy Marie i Arisa były nadal nieprzytomne. Niebieskooka westchnęła cicho, nie mogła zasnąć, za bardzo się martwiła o przyjaciółkę. Ale po jakimś czasie i ją zmorzył sen. Siedziała oparta o ścianę jaskini, głowa jej spadła na ramię, potem jednak opadła i zwinęła się w kłębek na ziemi pod swoim kocem. Spała. &lt;br /&gt;Afrodite obudziła się i popatrzała na śpiącą i nieprzytomne. Przetarła oczy dłońmi, a następnie ziewnęła krótko. Nadal była zmartwiona zarówno o swoją współlokatorkę, jak i o tą, która uratowała Marie przed straszliwym końcem. Przymknęła na chwilę oczy. Nie mogła uwierzyć, że tak mało brakowało, a wszystkie plany mogłyby lec w gruzach. Ale nie stało się tak dzięki tej elfce... Sama podejrzewała, że może to ona jest tą, która zostanie Najwyższą Prorokinią. Ale miała też pewne wątpliwości, bo przecież Marie również miała trochę 'nadprzyrodzonych' mocy. Cóż, nikt się nie dowie, dopóki proroctwo nie zostanie wypełnione. Uśmiechnęła się pod nosem, a spod powiek popłynęły jej łzy. Złotowłosa wytarła je jednak szybko i powstała na nogi, by następnie zacząć przechadzać się tu i tam, ażeby rozprostować nogi. &lt;br /&gt;W tymże czasie Fardian oraz Kin rozmawiali ze sobą. Czarnowłosy elf co jakiś czas przytrzymywał swoje ramię, gdzie wcześniej miał głęboką ranę. Nadal odczuwał coś w tym miejscu, jakby taki tępy ból. Chłopak rozglądnął się w pewnym momencie, ale zaraz potem znowu skierował swój wzrok na mówiącego Kina. Mówili o tym co zdarzyło się podczas ostatnich godzin. Afrodite podeszła do rozmawiających z uśmiechem na twarzyczce.&lt;br /&gt;– I jak się czujecie? – zapytała się ich.&lt;br /&gt;– Dobrze.&lt;br /&gt;– W miarę. – odrzekł Fardian chwilę po Kinie. A elfka patrzała się na nich, na razie nie miała nic do roboty, a tylko oni nie spali. Westchnęła cichutko.&lt;br /&gt;– To dobrze. Mam nadzieję, że niedługo powrócicie do zdrowia całkowicie. – rzekła, po czym zadała kolejne pytanie: – O czym rozmawialiście? &lt;br /&gt;– O tym co się zdarzyło. – odpowiedział szybko Kin. – Jeżeli chcesz, to możesz z nami posiedzieć. – dodał, chcąc być grzeczny i nie urazić niczym elfki, gdyby coś takiego mogło zajść. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnował, bo właśnie przerwał mu kolega.&lt;br /&gt;– Kin jest głównym mówcą. – rzekł żartobliwie Fardian, przy czym zaśmiał się.&lt;br /&gt;– To ci się nie chce mówić, ot co! – fuknął Kin, udając nieco obrażonego. Ale wcale nie był, robił to dla żartu.&lt;br /&gt;– Bo nie ma takiej potrzeby, ty o wszystkim mówisz. – ciemnowłosy elf wyszczerzył zęby w zabawnym uśmiechu.&lt;br /&gt;– A jak się wtrącasz mi w słowo to masz? – spytał, cały czas udając obrażonego.&lt;br /&gt;– Taa... Bo tylko wtedy mogę coś powiedzieć, gdy ty wprowadzasz jakiś nowy temat. – zripostował, wywracając oczyma. Zaśmiał się cicho. Kin zaczął również się śmiać, sądząc, że ich „kłótnia” musi wyglądać dosyć zabawnie. Zaraz po nim cicho chichotać zaczęła i Afrodite.&lt;br /&gt;Po kilkunastu minutach rozmowy, złotowłosa opuściła towarzystwo dwóch elfów, wcześniej wstawszy i pożegnawszy się z nimi. Poszła potem zobaczyć z z Marie.&lt;br /&gt;Arisa otwierała właśnie delikatnie swe powieki, rozglądając się na boki na wpół przytomna, na wpół jeszcze śpiąc. Przez chwilę nie mogła sobie przypomnieć co tak właściwie się zdarzyło. We wspomnieniach widziała tylko jasne światło i niewyraźne, szare cienie. Minęło z kilka minut, zanim wszystko wróciło do normy. Zdołała wtedy podnieść się do pozycji siedzącej, kiedy to zrobiła, rozejrzała się jeszcze raz, wzrokiem napotkała postać swojej przyjaciółki, leżącej obok.. I pogrążonej w śnie. Po jej własnej drugiej stronie zobaczyła natomiast nieprzytomna Marie, której włosy rozrzucone były po tobołku, grającym rolę poduszki. Westchnęła cicho, niemal niesłyszalnie, a następnie pogrążyła się w myślach, rozmyślając o tym co zrobiła... O tym, że jej matka im pomogła, chociaż tylko ona o tym wiedziała. Czując lekkie zmęczenie, mimo tego snu, którym była jej nieprzytomność, ułożyła się ponownie na posłaniu i przymknęła oczy. Jednakże nie spała, już nie chciała, nie miała ochoty. Uchyliła ponownie powieki dopiero wtedy, gdy usłyszała, że Sheena podnosi się i siada rozespana na ziemi. Spojrzała się na nią. A gdy brązowowłosa spostrzegła, że Arisa obudziła się wreszcie, na jej twarzy pojawił się uśmiech pełen radości. Zielonooka odwzajemniła się tym samym.&lt;br /&gt;– Jak się czujesz? – zapytała niebieskooka, by upewnić się, że z przyjaciółką wszystko jest w porządku. &lt;br /&gt;– Nawet dobrze. – odpowiedziała elfka, siadając na posłaniu.&lt;br /&gt;– Cieszę się strasznie, że nic ci nie jest. – Sheena powiedziała to z ogromną ulgą i radością. – Może chciałabyś coś zjeść? Na pewno jesteś głodna po tym wszystkim. - dodała, mając nadzieję, że zgodzi się.  Istotnie, zielonooka czuła głód, a gdy ta zapytała się o jedzenie, jej brzuch ni stąd ni zowąd wydał dziwny dźwięk... Zaburczał.&lt;br /&gt;– Oho... Twój brzuch mówi sam za siebie. – powiedziała energicznie i z żartem w głosie oraz rozbawieniem.&lt;br /&gt;– Chyba tak. – Arisa zarumieniła się lekko i zaśmiała.&lt;br /&gt;Sheena wstała i zapewniła, że zaraz wróci. Poszła przygotować coś do jedzenia, mając uśmiech na twarzy. Arisa wpatrzyła się w sklepienie jaskini, po odejściu dziewczyny. Zamyśliła się, a w pewnym momencie uśmiechnęła się pod nosem, podczas rozmyślań. Wtedy również jej przyjaciółka wróciła po chwili z daniem dla siebie i dla niej. Czas szybko mijał, bo po chwili siedziały już najedzone do syta. &lt;br /&gt;Trzy godziny minęły jednak, zanim Marie się ocknęła ze swojego snu. Sheena, Arisa i Afrodite wpatrywały się w nią w zmartwieniu przez ten czas, jednakże ciesząc się, kiedy ta się już obudziła. Złotowłosa przytuliła mocno swą przyjaciółkę, nie mogąc się nacieszyć, a czarnowłosa odwzajemniała ten gest, gładząc plecy Afrodite ręką i mówiąc, że już wszystko w porządku. Cieszyły się z tego. &lt;br /&gt;Wkrótce wyruszyli w dalszą drogę. Nie mieli czasu do stracenia. Podążali ustanowioną trasą jak najszybciej byli w stanie, rzadko robiąc postoje. Czasami nawet niektórzy dyszeli z przemęczenia. Jednak by nabrać sił mieli dopiero zatrzymać się na końcu trasy na długi i ostatni odpoczynek przed  wprowadzeniem w życie planu odzyskania Serafirusa, bowiem byli już blisko celu. W sercach młodych elfów rodziła się z czasem niepewność, bo jak i co się mogło wydarzyć? Z wizji nie mogli mieć dokładnych informacji. Dlatego nikt nie mógł wiedzieć co się wydarzy. Żadna wizja o tym nie mówiła, co prawda miewali je, ale nie były dokładne i ścisłe. Dotyczyły one przede wszystkim wskazówek dotarcia na miejsce lub poczynań nieprzyjaciół. Z owych wizji dowiedzieli się tylko, a raczej zdobyli pewność, że pozostała tylko trzynastka wrogów, gdyż postać, którą wchłonął demon przywołany przez Marie, była w istocie i z pewnością jednym z owych nieprzyjaciół. Cóż. Wiedzieli jednak, że będzie nie równo, ponieważ ich grupa liczyła sobie dwunastkę elfów, a wrogów było o jednego więcej od nich. Powinni jeszcze pokonać przed starciem jednego. Chociaż było to niemożliwe, żeby taka okazja się nadarzyła. Ale dlaczego musieli? Podejrzewali, że Serafirus niezdolny do walki i im nie pomoże. Poza tym, przecież przyszli go uratować, a gdyby ten zaczął walczyć mogłoby to niezbyt dobrze wyglądać.&lt;br /&gt;W końcowych odcinkach drogi stali się jeszcze bardziej czujniejsi niż przedtem. Ich ostrożność również budziła podziw. Gdyby teraz ktoś chciał zaskoczyć wybrańców, nie udałoby mu się to ze stuprocentową pewnością. Byli bardzo skupieni na otaczającym ich obszarze. Nawet komar niepostrzeżenie nie mógł się przedostać przez czujne zmysły grupki elfów. W czasie kiedy szli, nie rozmawiali ze sobą. Nie chcieli tępić swoich zmysłów, które teraz były tak mocno wyostrzone, niepotrzebnym hałasem, który również ograniczałby ich skupienie. Tak więc przez ten czas panowała zbiorowa, całkowita cisza, nie zmącana nawet jakimkolwiek, choćby najcichszym pomrukiem, czy gwizdem. Słyszeli tylko odgłosy nadawane przez matkę naturę.&lt;br /&gt;Nadszedł jednak moment, gdy skończyli wędrówkę i mogli odpocząć, przygotowując się do planu uratowania Serafirusa. Podczas postoju, mogli rozmawiać, posilili się również, a potem przespali, wymieniając się pomiędzy sobą co jakiś czas, by pełnić wartę. &lt;br /&gt;Sześć godzin przed wyruszeniem po Serafirusa, Ren'kan doznał wizji. Gdy leżał na macie, nagle zaczął drżeć we śnie, jakby było minus sto stopni temperatury, a on byłby bez ciepłego okrycia na sobie. Wyglądało to dosyć strasznie... Jakby miał jakieś konwulsje. Chłopak miał zamknięte oczy i cały czas, kulił się, leżąc na boku. Pot spływał mu z czoła. Nikt tego jednak nie widział, gdyż większość jeszcze spała, a wartownik przechadzał się kilka metrów, w gąszczu drzew od centrum obozu, rozstawionego przez elfy. Przekręcił się w pewnym momencie na drugi bok, nadal drżąc niemiłosiernie. Wtedy elf pełniący wartę, szedł dostatecznie blisko, by mógł ujrzeć zdarzenie. Był nim Deg. Chłopak szybko podbiegł do elfa z warkoczem i próbował go ocucić, jednakże niczym to nie skutkowało. Blondyn wplótł dłoń we włosy drżącego elfa i uniósł lekko jego głowę, po czym umaczając ręką w wodzie, kropił płynem jego twarz, ale i to nie skutkowało, ułożył go więc wygodnie na macie. Następnie zaczął czekać, aż się obudzi. Dopiero o ósmej rano Ren'kan wybudził się z wizji, czyli trwało to z jakieś pół godziny. Usiadł gwałtownie, po czym przytrzymał za głowę.&lt;br /&gt;– Serafirus... – mruknął pod nosem i przymknął oczy. Deg przypatrzył się mu w zaskoczeniu, miał zamiar czekać ze swoimi pytaniami, aż chłopak oprzytomnieje. Ten jednak wstał nagle i bez słowa, by chwilę potem opaść ponownie na matę w zmęczeniu. Oddychał szybko.&lt;br /&gt;– Co się stało? – zapytał Deg.&lt;br /&gt;– Wizja. – odparł krótko współlokator Serafirusa. – Musimy natychmiast wyruszyć... Szybko... – dodał.&lt;br /&gt;– Coś się stanie złego? – spytał blondyn, jednak znał odpowiedź, przecież nie musieliby natychmiast wyruszać, gdyby było to coś błahego.&lt;br /&gt;– Serafirus... – Ren'kan zaczerpnął powietrza do płuc. – Chcą go zabić dziś... Niedługo...&lt;br /&gt;– CO?! – wybuchnął nagle Deg, aż zakrztusił się, odkaszlnął kilka razy.&lt;br /&gt;– To co powiedziałem! – odparł zdenerwowany bardziej donośnie.&lt;br /&gt;– Trzeba wszystkich zbudzić i powiadomić o tym! – jasnowłosy elf wstał szybko i ze zręcznością na nogi. Ren'kan jednak tego nie zrobił, wiedział, iż nawet jak wstanie to opadnie ze zmęczenia. Przymknął tylko oczy i westchnął ciężko, sięgając ku swemu czołu. Rękawem starł pozostały jeszcze, zimny pot. Otworzył oczy, miał je szare jak jak sierść wilka.&lt;br /&gt;– No zbudź ich... – rzekł do Dega.&lt;br /&gt;– Jasne... Jasne... – elf błyskawicznie ruszył do najbliższej dwójki, obudził ich, powtórzył czynność na wszystkich śpiących. Wtedy wszyscy wybrańcy zebrali się w grupkę i wymyślili szybki plan działania. Bowiem wszystko rozstrzygnąć miało się na miejscu. Nie wiedzieli też jaką strategię obmyślić, bo przecież nie znali żadnych umiejętności ni rozmieszczenia wrogów. Tylko los mógłby ich wspomóc. Wyruszyli po dziesięciu, może piętnastu minutach od pobudki, więc musiał być to naprawdę szybko ustanowiony plan, a do tego w tym czasie jeszcze się pakowali.&lt;br /&gt;Droga mijała im szybko, mogliby nawet biec, gdyby nie to, że nie chcieli tracić sił... Tak bardzo potrzebnych do walki, która w każdym momencie może się rozpocząć. Zbliżali się do końca, wiedzieli, że to tutaj rozstrzygną się losy świata elfów. Ich i innych przyszłość. Czy znowu stanie się jak poprzednio? Przewidzieć tego nie byli w stanie. &lt;br /&gt;Gdy słońce chyliło się ku horyzontowi, albo raczej jego zlewający się z ciemnym niebem kontur ledwie widoczny nawet teraz, dotarli nad przepaść, w rzeczywistości był to olbrzymi rów, którego drugiego brzegu prawie nie było widać, a w dole rozpościerała się tylko ciemna otchłań, wyglądająca jak przejście do nicości. Nawet Natria nie mogła niczego dojrzeć w ciemności swym, jak i zwierząt wzrokiem&lt;br /&gt;– Musi być tu naprawdę głęboko... Ech... – szepnęła cicho dziewczyna, na której ramieniu siedział piękny drapieżny ptak, również wpatrujący się w czarną przestrzeń. Tymczasem Afrodite zamyśliła się, wpatrując uważnie w mroki przepaści. Myślała jak dojrzeć wrogów znajdujących się na dnie, tak, żeby nie zorientowali się. Rozważała sobie w myślach, czy technika, za pomocą której Electria sprawdza teren, nadawałaby się. Z drugiej strony, po chwili przyszła jej myśl, że wśród nieprzyjaciół mogą być osoby z podobnymi umiejętnościami i z łatwością mogliby przechwycić sygnał elektryczny nadawany przez moce Electrii lub też potrafiliby stworzyć barierę, która chroniłaby obszar przed takim skanowaniem terenu. Spojrzała się na jedną z bliźniaczek, właśnie tą, o której myślała. Złotowłosa westchnęła cicho i podeszła do samotnie stojącej przyjaciółki.&lt;br /&gt;– Marie... – szepnęła.&lt;br /&gt;– Tak? – zapytała się elfka w czerni, przerzucając wzrok z otchłani na Afrodite.&lt;br /&gt;– Co możemy zrobić?&lt;br /&gt;– Cóż... Dobrze by było, gdybyśmy mogli dojrzeć nasze cele w tej ciemności. – rzekła Marie. Złotowłosa westchnęła tym razem ciężko i usiadła po turecku niedaleko krawędzi. Dziewczyna usiadła przy niej i jak zwykle się zamyśliła. Mijały minuty w całkowitej ciszy.&lt;br /&gt;– Afrodite! AFRODITE! – ciszę tą przerwał czyiś dosyć głośny głos. W stronę elfek biegła dziewczyna o jasnobrązowych włosach i ciemnozielonych oczach. Mogła być to jedynie Karmen, elfka specjalizująca się w różnych technikach umysłowych. Gdy dobiegła do nich, zatrzymała się, cicho dysząc, zarówno przez zmęczenie, jak i nagłe podekscytowanie.&lt;br /&gt;– Serafirus... On... – zaczęła, szybko oddychając.&lt;br /&gt;– On?! – zapytała Marie, nieco wyrwanym spod kontroli głosem, obawiającym się najgorszego. &lt;br /&gt;– Coś mu się stało? – tym razem spytała Afrodite, spokojniej jednak od swej przyjaciółki. &lt;br /&gt;– Nie... – zaprzeczyła elfka o jasnobrązowych włosach. Marie już myślała, że zielonooka powie „Nie żyje”. Jednak się myliła. Karmen natomiast wyjaśniła im obu, ze usłyszała krótkie myśli ich porwanego towarzysza. Trwało to zaledwie kilka sekund, ale udało jej się zrozumieć część przekazu. Było to takie krótkie i niewyraźne dlatego, że nieprzyjaciele mieli obszar, na którym się znajdowali, otoczony barierą, utrudniającą przedostanie się do wewnątrz niej wielu technikom. Czarnowłosej kamień spadł z serca. Omal nie wybuchła euforią. Ale powstrzymała się i tylko cicho odetchnęła z ulgą. Karmen tymczasem opowiadała Afrodite o słowach, które usłyszała. Serafirus wiedział jakimś sposobem, że są tutaj... Gdzieś niedaleko. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i wstała.&lt;br /&gt;– Ruszajmy mu z pomocą! – rzekła, a elfy zebrały się w grupkę, omówiły bardziej dokładny plan. Musieli brać również pod uwagę to, że porywacze mogli wiedzieć, iż są blisko. Plan polegał głównie na tym, że mieli rozdzielić się na trzy grupki. Jedna zaatakowałaby od lewej, druga od prawej strony, natomiast trzecia z góry. Jedna z osób miała być nieprzydzielona do żadnej... To tej osoby zadaniem było podkraść się do uwięzionego i pomóc mu uciec, a następnie przenieść się w bezpieczniejsze miejsce. A zarządzili taki podział, według, którego: Afrodite, Arisa, Fardian i Deg mieli zaatakować z lewej, gdy tymczasem atak z prawej przeprowadzić mieli Marie, Ren'kan, Sheena oraz Kin. Natria, Electria oraz Karmen miały napaść z góry na nieprzyjaciół, gdyż to one posiadały najbardziej rozwinięte umiejętności, które skutecznie działały na odległości i mogły objąć kilku oponentów. Pozostała więc Tellena, której zadaniem było osobiście uwolnić elfa Serafirusa. &lt;br /&gt;– A więc... Do dzieła! – zapowiedziała Afrodite. Drużyna ze złotowłosą na czele ruszyła w swoją stronę, a ta z Marie we własną. Natomiast trzecia grupa miała zejść trochę później, by zaatakować zajętych już obiema drużynami, wrogów. Przeminęło kilka minut, a dziewczyny z grupy atakującej z góry, straciły pozostałe elfy z oczu. Po kolejnych kilku minutach trzy elfki, Electria, Natria i Karmen zaczęły przygotowywać się do zejścia w głąb rowu. Siostra bliźniaczka Electrii przywołała cztery dużych rozmiarów ptaki. Cztery ponieważ została z nimi jeszcze Tellena. Miały one szarawe upierzenie, żółtawe mocne dzioby oraz nogi. Oczy zwierząt były czarne niczym małe węgielki i niekiedy połyskujące. A na ogonach i skrzydłach potężnych ptaków dojrzeć można było kilka czarnego koloru cętek. Natria popatrzyła się na pozostałe dziewczyny i lekko uśmiechnęła, po czym  podeszła do jednego ze stworzeń i wysunęła rękę w stronę dzioba ptaka. Ten z kolei otarł się o jej sód, dając znak, że nie ma nic przeciwko niej. Dziewczyna pogładziła dłonią jego żółty dziób i głowę. Następnie zbliżyła się do jego boku i usadowiła zgrabnie oraz delikatnie na jego grzbiecie. Electria po chwili uczyniła to samo. Tylko Tellena i Karmen stały, spojrzały się po sobie. Srebrnowłosa elfka objęła mocno drugą.&lt;br /&gt;– Damy radę. Uda nam się. – powiedziała szeptem do ucha swojej współlokatorki. &lt;br /&gt;– Tak... I... I wierzę w ciebie. – odszeptała Karmen. Dziewczyny uśmiechnęły się od siebie, po czym odsunęły i zbliżyły się do dwóch pozostałych stworzeń. Uczyniły podobnie jak Electria i Natria. Wkrótce potem wzleciały wszystkie w powietrze i zaczęły spływać w głąb morza ciemności ogromnego rowu. Nie odzywały się do siebie ani jednym słowem, nie chcąc zdradzać swej pozycji tak szybko.  &lt;br /&gt;Gdy dotarły na miejsce, zatrzymały się z jakieś jedenaście metrów nad ziemią, spostrzegły, że walka już się toczy. Afrodite walczyła z zakapturzonym mężczyzną. Fardian stał przed Arisą, osłaniając ją przed atakami innej zakapturzonej postaci, podczas gdy ona zbierała energię na użycie jakiegoś mocnego zaklęcia. Electria, Karmen i Natria dostrzegły też ukrytą w koronie drzewa Marie, która próbowała właśnie zdjąć jednego ze sprawnie posługujących się magią za pomocą swego niezwykłego łuku. Karmen postanowiła jej w tym dopomóc, więc zaatakowała nieprzyjaciela maga swoim umysłem. Walczyła z nim w ten sposób, skupiając jego uwagę na obronie własnego umysłu. Wtedy również Natria, by zdekoncentrować przeciwnika nasłała na niego chmarę nietoperzy, zamieszkujących akurat ten ciemny rów. Karmen za sprawą tego zdołała włamać się do jego umysłu i sparaliżowała go częściowo. Dzięki temu mag nie mógł obronić się przed strzałą Marie, która w jednej sekundzie przeszyła jego klatkę piersiową. By mieć pewność, czarnowłosa szybko wyciągnęła kolejną strzałę i skumulowała w niej tym razem energię. Grot i drewno przeszyły na wylot czaszkę przeciwnika, która wybuchła. Ciało padło martwe i bezwładne. Podczas gdy tamte kończyły zajmować się tamtym osobnikiem, Electria zajęła się postacią atakującą Fardiana i Arisę. Wysłała ładunek elektryczny, który na dwie sekundy sparaliżował atakującego. Fardian szczęśliwie uniknął pocisku, albo raczej bełtu emanującego czarną jak smoła energią. O mały włos, a trafiłby w niego. Szybko pobiegł w stronę, skąd padł strzał, wiedząc, że Arisa właśnie użyła czaru, który przygotowywała. Zielonooka popatrzała się na swój wyczyn i uśmiechnęła lekko patrząc na stertę popiołu pozostałego po przeciwniku. Rozglądnęła się za Sheeną. Nie mogła jej dojrzeć. Pobiegła zatem pomóc walczącej Afrodite. &lt;br /&gt;Telleny według planu nigdzie nie było. Srebrnowłosa zakradała się powoli do swego celu – Serafirusa. Zatrzymała się w gęstych zaroślach, wstrzymując oddech, ponieważ spostrzegła kilka metrów od siebie trzy zakapturzone postacie. Dwie po bokach stały wyprostowane, a ta pośrodku prawdopodobnie klęczała na kolanach. Jej szaroniebieskie oczy błysnęły lekko. Nie poruszyła się nawet o milimetr, nie chcąc odkryć swej pozycji.&lt;br /&gt;– Tam chyba coś było... – wyszeptała ochrypłym głosem jedna z owych postaci.&lt;br /&gt;– Może jakiś zwierzak? Gheh... – mruknęła druga w odpowiedzi, nieco ironicznie. Postać stojąca po lewej stronie klęczącego, kopnęła go i zaśmiała się szyderczo.&lt;br /&gt;– Wstawaj! Idziemy w bardziej bezpieczne miejsce... – rzekła, zrobiwszy to. Klęczący spróbował wstać, jednak na nic to się zdało, był za bardzo wyczerpany i wycieńczony. Jęknął cicho.&lt;br /&gt;– No szybciej! – wrzasnął, po czym znowu go kopnął.&lt;br /&gt;– Ech... – westchnęła postać stojąca po prawej, podeszła do kopniętego i podniosła go jedną ręką, bez jakiegokolwiek wysiłku. Trzy postacie ruszyły przed siebie, a Tellena poczęła iść za nimi. Musiała za wszelką cenę odbić Serafirusa. Widziała już jego białe, opadające na ramiona włosy. Poruszała się bardzo szybko, zwinnie i bezszelestnie. Mężczyźni w czerni zatrzymali się wraz z wyczerpanym elfem.&lt;br /&gt;– Czujesz to? – zapytał ten po lewej.&lt;br /&gt;– Co takiego?&lt;br /&gt;– Czuję jakiś obcy zapach. – powiedziawszy to, zaczął wąchać powietrze wokół. Rozglądnął się i po chwili wskazał na gęste zarośla, w których ukrywała się srebrnowłosa. &lt;br /&gt;– To chyba stamtąd. – stwierdził.&lt;br /&gt;– „Cholera!” – pomyślała elfka, rozejrzała się w rozpaczy, jakby chciała znaleźć jakieś wyjście. I zobaczyła dosyć dużą kępkę pewnych roślin, wskoczyła tam migiem, nie oglądając się za nadchodzącym przeciwnikiem. Mimo że wszystko ją szczypało, a na całym ciele czuła niemiłe swędzenie i pieczenie, nie poruszyła się w ogóle. Siedziała ukryta w roślinach jak mysz pod miotłą. Niestety innego wyjścia nie miała, a dzięki tym roślinom mogła się sprawnie ukryć, gdyż miały one maskujący intensywny zapach, który roznosił się po całej okolicy. Chwilę potem nadeszła postać w kapturze. W ręku trzymała sztylet, pod opończą spostrzegła czarną zbroję.&lt;br /&gt;– „Wykuta z magicznego obsydianu...” – stwierdziła w myślach. Elfka patrzała z przerażeniem na zbliżającą się postać. Nie miała pojęcia, czy wie, iż ona tam się ukrywa. Czarna postać zatrzymała się tuż przy roślinach, obwąchując.  &lt;br /&gt;– „Odejdź stąd. Odejdź stąd. Idź sobie”. – mówiła sobie w myślach Tellena, jakby chciała go odgonić tymi myślami. Mężczyzna odwrócił się i ruszył w drogę powrotną, nie znajdując niczego ani nikogo. Gdy doszedł do swego towarzysza poszli i usiedli kilkanaście metrów dalej od miejsca, w którym na moment się zatrzymali. Tellena szła już wtedy za nimi, wcześniej natarłszy się roślinami, w których była ukryta. Schowała się za kamieniem pięć metrów od trzech postaci. Spojrzała się w przestrzeń nad nią. W górze leciał ptak, na którym tutaj dotarła. Wcześniej poprosiła Natrię umysłowo, by powiedziała stworzeniu, żeby zaatakowało jednego z wrogów. Po kilku sekundach ptak już ostro pikował w stronę postaci po prawej Serafirusa, natomiast ona wyskoczyła na tego po lewej od tyłu i poderżnęła mu gardło ostrzem swego sztyletu. W tym samym czasie stworzenie porwało drugiego mężczyznę. Szybko podbiegła do tego drugiego, który spadł chwilę potem na ziemię i odcięła mu głowę, po czym wróciła do miejsca, gdzie klęczał Serafirus. Niestety, nie było go tam. Dziewczyna spostrzegła mężczyznę, który powinien już nie żyć z powodu poderżnięcia gardła. Trzymał on mocno białowłosego elfa i przystawiał mu zatruty sztylet do szyi.&lt;br /&gt;– Ani kroku, bo go zabiję! – warknął mężczyzna z trudem mówiąc przez ranę na gardle. Wiedział, iż  elfka nie będzie ryzykować. Ta o szaroniebieskich oczach stanęła jak wryta i wpatrzyła się z przestrachem w nich. Nie wiedziała co zrobić... Jeden zły ruch i po Serafirusie. Była skołowana... Nie mogła nic zrobić... Nic poradzić. Poczuła się taka bezsilna. Jednocześnie jednak narastał w niej gniew do nieprzyjaciela. &lt;br /&gt;– „Cholera!” – krzyknęła w myślach.&lt;br /&gt;– A teraz odłóż broń... – polecił mężczyzna, gdy w tym samym momencie spostrzegła tylko szybki błysk klingi i ostrza miecza. Głowa wroga spadła na ziemię, tak samo jak bezwładne już ciało. Serafirus opadł na kolana, nie wiedząc co się dokładnie stało, był zszokowany. Elfka o szaroniebieskich oczach przeniosła wzrok z kolegi bardziej w górę. To, co zobaczyła... Albo raczej kogo, bardzo ją zaskoczyło i zdziwiło. Ujrzała bladą elfkę w czerni, która stała z mieczem w krwi w ręku. Patrzała przez chwilę z nienawiścią w oczach na pokonanego. Tellena spostrzegła na jej ciele liczne rany. Na policzku miała kilka zadrapań, które również znajdowały się na rękach. Na brzuchu Marie widniała głęboka i poważna rana, krwawiąca obficie. Dostrzegła też łuk, przewieszony przez ramię razem z kołczanem. Obecność jej tutaj była dla niej dosyć dziwna, bo przecież czarnowłosa jest taka zimna... Niedostępna i zamknięta w sobie. A przynajmniej tak jej się wydawało. Jednakże to co potem się stało, zburzyło podstawy jej przekonań. Ulotniły się one jak popiół rzucony na wiatr. Patrzała jak Marie padła na kolana przy chłopaku i rzuciwszy broń objęła go mocno rękoma ze łzami w oczach. Serafirus popatrzył się na nią z lekkim zdziwieniem, wiedział bowiem, że elfka nie okazuje swych uczuć... Nikomu. A teraz patrząc na nią, był pewny, że jego wcześniejsze uczucia były odwzajemnione.&lt;br /&gt;– Marie... – szepnął cicho do niej.&lt;br /&gt;– Żyjesz... Nic ci nie jest... – wyszeptała elfka w czerni z ulgą i radością, jednak bardzo cicho, jakby mówiła do siebie samej. Tellena nie chciała im przerywać, jednak zaistniała sytuacja – trwająca walka. - nie pozwoliła jej nie przerywać. Podeszła do przytulających się, spojrzała się na czarnowłosą.&lt;br /&gt;– Może się zamienimy. Ty pójdziesz z Serafirusem, a ja wrócę na pole walki?&lt;br /&gt;– M-Mogę? – zapytała z niepewnością.&lt;br /&gt;– Jasne... Poza tym... Jesteś poważnie ranna. Nie powinnaś się już narażać. Ja natomiast jestem prawie w doskonałej formie. Dłużej sobie powalczę, niż ty w takim stanie. – rzekła Tellena.&lt;br /&gt;– Dziękuję ci. – powiedziała Marie i wstała, podtrzymując Serafirusa.&lt;br /&gt;– Ależ nie ma za co... – odrzekła. – A więc... do zobaczenia potem. Skryjcie się na samej górze w jaskini ukrytej w gąszczu. – poleciła obojgu, po czym przywołała gwizdnięciem stworzenie, na którym przyleciała, a ono pojawiło się jak mogło najszybciej. Dziewczyny pomogły wycieńczonemu chłopakowi usiąść na jego grzbiecie. Czarnowłosa usiadła za nim, obejmując go w pasie, by nie spadł. Wzlecieli w powietrze, by potem odlecieć już. Srebrnowłosa odprowadziła ich wzrokiem, po czym zaczęła biec w stronę miejsca, gdzie rozgrywała się bitwa. A minęło kilka minut zanim tam dobiegła. Pierwszą rzeczą, którą ujrzała, był obraz, atakującego mężczyzny z błyskającymi w cieniu kaptura zębami, który rzucał się właśnie na kulącą się z bólu przyjaciółkę. Nie myślała co robi. To po prostu nastąpiło automatycznie. Rzuciła się w tamtym kierunku i zagrodziła drogę mocarnej postaci. Ta zamiast zaatakować Karmen, ugryzła w szyję rzędem ostrych zębów Tellenę. Mężczyzna chwile potem wbił również nienaturalnie ostre pazury w jej ciało. Elfka jęknęła, a powieki jej opadły powoli.&lt;br /&gt;– N-Nie... – szepnęła Karmen, spróbowała się poruszyć, ale tylko nabawiła się większego bólu. Jednak los okazał się bardziej im pomocny, bo właśnie zauważyła to Arisa. A widząc to, mimo atakującego ją przyzwanego stwora, skoczyła w ich kierunku. Odepchnęła srebrnowłosą, wyrywając ją ze szponów wroga. Tymczasem Sheena, chcącą ją wspomóc, podbiegła do mężczyzny, sprawnym machnięciem odcięła mu głowę, a ten padł martwy na ziemię, pogrążając się w kałuży ciemnoczerwonej krwi. Blondynka wzięła na ręce Tellenę, spojrzała się swymi głęboko zielonymi oczyma na Sheenę.&lt;br /&gt;– P-Pomożesz? – zapytała i przerzuciła wzrok na również ranną Karmen.&lt;br /&gt;– Jasne, jasne. – odpowiedziała i podeszła do elfki o jasno brązowych włosach, teraz nieco bladej i skulonej. Wzięła ją na ręce i rozglądnęła się, by zobaczyć czy nic im na razie nie zagraża, chwilę potem dostrzegła dosyć dużą szczelinę w ścianie przepaści. Poleciła przyjaciółce zaniesienie towarzyszek właśnie tam. Nikt by im w tym miejscu nie zagrażał. Eldki zaniosły je tam i ułożyły wygodnie w szczelinie. Karmen straciła przytomność opadając na ramiona srebrnowłosej, która była jeszcze przytomna. Tellena objęła ją czule i wyciągnęła z kieszeni bandaże o leczniczych właściwościach. Podziękowała w myślach swoim rodzicom, którzy to wyprodukowali. Ściągnęła mocno zakrwawioną koszulkę z przyjaciółki. Ujrzała wiele ran, więc nie zważając na swoje, zaczęła obwiązywać opatrunki wokół jej ciała w miejscach, gdzie znajdowały się obrażenia. Westchnęła cicho. Gdy skończyła, włożyła na nią z powrotem koszulkę. Niestety nie wzięła żadnej zapasowej. A jednak mogła. Teraz by się przydała.&lt;br /&gt;– Poradzicie sobie? – zapytała zielonooka po dłuższym czasie, stojąc u wyjścia z kryjówki.&lt;br /&gt;– Tak. Nie martwcie się. – odpowiedziała srebrnowłosa, przytuliwszy mocniej przyjaciółkę. Przymknęła oczy, gdy zaczął jej się rozmazywać obraz przed oczyma. Zielonooka wyszła już z kryjówki i dołączyła do walczących. Przygryzła dolną wargę, nie wiedziała bowiem ile zostało jej jeszcze mocy, musiała ją oszczędzać. Pobiegła w stronę kilku stworów. Mogli najpierw wyeliminować tego, który przyzywał je. A przez to, że zrobili to później, to teraz muszą pozbywać się przyzwanych wcześniej bestii, by z nimi walczyły. Stanęła kilka metrów od grupki tych stworzeń. Wypowiedziała kilka dziwnie brzmiących słów, które znaczyły tyle co: „Żywioł ognia, pocisk płomienia martwej duszy”. Wyciągnęła przy tym dwie ręce do przodu, z których wystrzeliły ciemnoszare płomienie. Uderzyły one w ziemię pomiędzy bestiami. Wybuchając przez to, płomienie spaliły je całkowicie. Uśmiechnęła się nikle i rozglądnęła. Zrobiło się nieco spokojniej.... No i ciszej. Zamyśliła się na moment... Zaczęła się zastanawiać, co robiła tutaj Tellena. Czyżby zostawiła Serafirusa samego? Nie... Na pewno nie. Tak jej się przynajmniej wydawało. Zagryzła wargę. Do tego nigdzie nie widziała Fardiana i Marie. Nagle potrząsnęła głową, zobaczyła że przed jej oczyma ktoś macha dłonią.&lt;br /&gt;– Pobudka! – powiedział, Fardian. Chcąc wybudzić ją z tego zamyślenia. Ona popatrzyła się na niego i lekko uśmiechnęła. Przytuliła go delikatnie, choć do końca sama nie wiedziała dlaczego i po co. Zarumieniła się delikatnie, jednak nadal prawie niewidocznie. Zza ramienia Fardiana, spostrzegła Kina, patrzącego na nich. Wyglądał jakby zobaczył jej rumieńce, puścił jej oko. &lt;br /&gt;– Ymm... Dobrze, że nic ci nie jest... Fardianie. – szepnęła cicho.&lt;br /&gt;– Ja się cieszę, że tobie nic się nie stało. – odpowiedział chłopak. Chwile po tym dobiegła do grupki elfów Afrodite. Jej ubranie i włosy oraz broń poplamione były krwią. Jednak prawie wszyscy tak wyglądali.&lt;br /&gt;– Widzieliście gdzieś Marie? Gdzie ona jest? – zapytała nerwowo. Nikt tego nie wiedział. Zaczęli szeptać coś między sobą. Arisa odsunęła się od chłopaka i odnalazła Sheenę, przytuliły się, a potem poszły do złotowłosej.&lt;br /&gt;– Afrodite... Tutaj na polu walki odnalazłyśmy Tellenę. – powiedziały jednocześnie.&lt;br /&gt;– Co?! – zapytała z niedowierzaniem. W tym czasie srebrnowłosa i jej przyjaciółka Karmen wyszły z ukrycia. Jedna podtrzymywała drugą, by ta nie upadła. I w tym właśnie momencie wzrok zebranych w grupkę elfów powędrował w ich stronę. Afrodite zerwała się biegiem w tymże kierunku. Przez chwilę jej myśli wirowały w głowie bez jakiegokolwiek sensu. Nie miały znaczenia, chciała dowiedzieć się tylko co z Marie. Dobiegła do dwóch dziewczyn i stanęła na wprost nich. Nie potrafiła zrozumieć spojrzenia srebrnowłosej. Bała się zapytać, co się stało, a jej usta sparaliżowane strachem nawet się nie poruszyły. Stała w bezruchu, kiedy wiatr rozwiewał jej złociste włosy, teraz zaplamione krwią. Tellena widząc jej przerażenie, lekko się uśmiechnęła.&lt;br /&gt;– Nic jej nie jest. – powiedziała cicho. Po tych słowach w sercu Afrodite rozbrzmiał ogień szczęścia, a ciężki kamień opuścił jej serce. Teraz tylko chciała wiedzieć, gdzie jest jej przyjaciółka z wczesnego dzieciństwa, jedna z najbliższych jej osób.&lt;br /&gt;– G-Gdzie ona jest? – zapytała niepewnie. Srebrnowłosa uśmiechnęła się nieco szerzej,  a w jej oczach przez moment ujawnił się dziwny błysk na wspomnienie spotkania czarnowłosej z białowłosym.&lt;br /&gt;– Ukryła się z naszym przyjacielem, Serafirusem. – dopowiedziała zgodnie z prawdą. Afrodite spostrzegła ten błysk. Domyśliła się, że Tellena musiała widzieć ich spotkanie i ujawnienie uczuć Marie.&lt;br /&gt;– Dziękuję. – odwzajemniła uśmiech. – Już po wszystkim... Wracajmy , nie musimy już spoglądać na tą okolicę. – dodała, patrząc już teraz na wszystkich wybrańców. Wznieśli okrzyk na zgodę z jej postanowieniem. Większość stworzeń, które pomogły im w dotarciu na sam dół rowu, zginęły, a że Natria nie miała już sił i prawie traciła przytomność, nie mogli mieć ich więcej, niż im pozostało. Tak więc usadowili się na tych, które pozostały. Na jednym siedziały Arisa i Sheena, Tellena i Karmen. Na ptaku obok nich, Fardian razem z Kinem i Degiem. Afrodite znajdowała się na największym i najdostojniejszym, gdzie mieścił się jeszcze inne elfy. Wzlecieli w powietrze, pozostawiając za sobą chmarę piasku i ziemi. Po drodze wzięli również ukrywajacych się, Marie i Serafirusa. A kiedy dotarli na samą górę, oczom ich ukazał się zaskakujący widok. Przed nimi stali wszyscy... Dosłownie wszyscy... Byli prorocy, a także sama królowa elfów, jak i również rodziny wybrańców.&lt;br /&gt;– Mama? – szepnęła Arisa, jakby sama do siebie. Sheena uchwyciła jej głośne myśli. Nachyliła się nad jej uchem.&lt;br /&gt;– Teraz wszyscy się dowiedzą, że jesteś córką Illumielle. – wyszeptała. Wcześniej nikt nie miał o tym pojęcia. Młode elfy zeszły ze stworzeń, które sekundę potem już leciały. Tymi, którzy wykonali pierwszy ruch, byli rodzice lekko zdezorientowanych i zdziwionych dzieci. Starsze elfy mocno przytuliły do siebie młodsze. Czuli radość i ulgę, widząc swe dzieci całe i zdrowe, niektórzy byli jednak ranni. Dorośli zatem zajęli się obrażeniami, wywołanymi przez walkę. Po jakiejś godzince, a może dwóch wszyscy byli zdrowi i w pełni sił. Spożywszy mały posiłek, wyruszyli w drogę powrotną, patrząc na powoli rozjaśniające się niebo, które przez bardzo długi czas było ciemne i mroczne, a dzięki wybrańcom stawało się na powrót normalne, Jednak cały czas czegoś na nim brakowało, ale nie mogli się domyślić czego. Po drodze słyszeli dźwięki, rozchodzące się po całym lesie. Jednak te odgłosy, były skutecznie tłumione przez rozmowy rozradowanych elfów. &lt;br /&gt;Natomiast dotarłszy do samego królestwa, udali się do budynku proroków. Tam wyprawiona została uczta. Podczas niej Sheena patrzała na Arisę nieco zmartwionym wzrokiem, wyglądała jakby jej coś dolegało. Chciała do niej podejść, zapytać co się dzieje, jednakże nie mogła, ponieważ po pierwsze: siedziała zbyt daleko od niej, po drugie: rodzina cały czas zadawała jej jakieś pytania i ściskała ją. Postanowiła więc zapytać, gdy będą już razem w komnacie albo jak zdąży ją dogonić. Westchnęła. Mijały długie chwile na uczcie, dla niej zbyt długie. Cały czas martwiła się, z niecierpliwością oczekując końca tej biesiady... Tej zabawy. Doczekała się i nie zważając na swoich rodziców i rodzeństwo, nalegających by wróciła z nimi na trochę do domu, pobiegła pospiesznie do komnaty jej i Arisy. Otworzyła drzwi z impetem, mając nadzieję, że przyjaciółka tam jest, gdyż nie widziała jej już po zakończeniu uczty. Zobaczyła tylko pusty pokój... Taki sam jak pozostawiły go przed wyruszeniem na pomoc Serafirusowi. Przygryzła wargę i rozejrzała się jeszcze raz w nadziei, że gdzieś ją ujrzy. Na nic to się zdało, więc usiadła na swoim łożu i przymknęła oczy, zamyślając się. Minęło kilka minut i otworzyła oczy, wdawało jej się, że usłyszała coś. Jakby cichy jęk. Rozejrzała się ponownie, po czym westchnęła ciężko i postanowiła wziąć kąpiel, by odświeżyć się i oczyścić umysł. &lt;br /&gt;– „Ariso... Przyjdź...” - pomyślała. Elfka otworzyła drzwi do łazienki. Gdy to zrobiła, jej niesamowicie niebieskim oczom ukazało się kulące na ziemi ciało Arisy,  jej jasne włosy rozrzucone były na ziemi i częściowo opadały na jej bladą twarz. Dostrzegła, że trzyma się za szyję, w miejscu, gdzie było jej znamię. Nie zważając na nic, padła na kolana przy niej i podniosła ją delikatnie.      &lt;br /&gt;– Ariso! – krzyknęła. – Co się dzieje?&lt;br /&gt;– B-Boli... – wycedziła drżącym głosem i jęknęła cicho z bólu. &lt;br /&gt;– Znowu wizja? – zapytała przestraszona, przytuliła ją mocno do siebie.&lt;br /&gt;– N-Nie... Chyba... Nie... – szepnęła z ledwością. – Po prostu... Boli... – dodała, przygryzając dolną wargę. Brązowowłosa popatrzała się w jej zielone oczy. Bardzo się martwiła.&lt;br /&gt;– Dlaczego? – zapytała, chciała jej jakoś dopomóc.&lt;br /&gt;– Nie wiem... N-Na prawdę... – odrzekła cichutko, trzymała kurczowo swoją szyję w okolicach znamienia. Nagle usłyszały pukanie do drzwi. Było głośne i zarazem melodyjne w swej prostej postaci.&lt;br /&gt;– „Kto to może być?” – zapytała samą siebie w myślach. Szybko wstała, po czym podniosła Arisę i pomogła jej dojść do łóżka. Położyła ją na nim. Zrobiwszy to, podbiegła do drzwi i otworzyła je. Za nimi stał elf, nieco zdyszany.&lt;br /&gt;– Pani Sheena? Arisa też jest? – zapytał.&lt;br /&gt;– Tak... Ale źle się czuje, rzekła.&lt;br /&gt;– Odbędzie się zebranie między prorokami starszymi, a nowymi. Musicie przyjść. – powiedział.&lt;br /&gt;– Ona źle się czuje! – odrzekła nieco zdenerwowana.&lt;br /&gt;– Ale to być może jest związane z tym!&lt;br /&gt;– No dobrze. Zaraz będziemy. – rzekła, przygryzając przy tym wargę. Elf pobiegł szybko tam skąd przybył. Ona natomiast podeszła ze zmartwionym spojrzeniem do łoża przyjaciółki, po czym powiedziała cicho:&lt;br /&gt;– Ariso... Musimy iść... Jest jakieś zebranie. – leżące dziewczyna popatrzała się na nią wtedy pół przytomnym wzrokiem.&lt;br /&gt;– Ymm... – mruknęła pod nosem.&lt;br /&gt;– Masz siłę by iść? – zapytała z troską.&lt;br /&gt;– Chyba... Tak... – odpowiedziała cicho o prawie niesłyszalnie, co na pewno nie brzmiało wiarygodnie. Niebieskooka podniosła ją z łóżka i podtrzymała, by nie upadła. Zaczęła tak iść z nią korytarzami.&lt;br /&gt;– Ten posłaniec mówił, że to może mieć związek z przepowiednią. – rzekła Sheena.&lt;br /&gt;– T-Tak? Ale... Dlaczego? Ty... Tak... Nie masz? – mówiła z ledwością, przymknęła delikatnie powieki. &lt;br /&gt;Dojście na miejsce zajęło im z kilkanaście męczących i uciążliwych minut. Sheena delikatnie pchnęła drzwi nogą i weszła do pomieszczenia. Siedzenia, na których siedzieli starsi prorocy i nowi, były ułożone w okrąg. Trzy miejsca były wolne. Jedno byłej Najwyższej Prorokini i dwa miejsca, na których powinny siedzieć Arisa wraz z Sheeną. Chciała już pomóc usiąść przyjaciółce, kiedy jeden ze Starszych wstał ze swojego miejsca.&lt;br /&gt;– Poczekaj, Sheeno. – rzekł spokojnym głosem, podchodząc powoli do dwóch elfek. Jego oczy błyskały delikatnie z ciekawości oraz zachwytu. Miał nadzieję, że to już będzie koniec wszelkiego cierpienia... Przynajmniej chociaż na jakiś czas.&lt;br /&gt;– Dlaczego... Proszę pana? – zapytała lekko zaniepokojona. &lt;br /&gt;– Myślę... Uważam, że to ona... – gdy podszedł do nich, dotknął znamienia Arisy. Sheena zauważyła innego starszego, który począł iść w ich stronę. Spostrzegła również, że jego oczy były jakby zmatowiałe... Nie miały blasku. Elf, który pierwszy do nich podszedł odwrócił się właśnie w jego kierunku.&lt;br /&gt;– To ona, prawda? – zapytał. Ten jakby nie słysząc jego słów, szedł dalej w milczeniu. Jego oczy były wpatrzone w jakiś nieznany punkt... Był zapewne niewidomy.&lt;br /&gt;– Wyzwól swoją moc, o następczyni! – wypowiedział donośnym głosem, Sheenie wydawało się, że barwa jego głosu jest nieco obłąkana.&lt;br /&gt;– Ymmm... – mruknęła, nie pewna co powiedzieć.&lt;br /&gt;– Uwolnij swą moc! Energię! To ona sprawia ten ból! A gdy to zrobisz wypowiedz życzenie, które wszystko zmieni! – mówił dalej. Natomiast Elf o migocących oczach spojrzał się na Sheenę i Arisę.&lt;br /&gt;– Możesz z nim zrobić wszystko! Pamiętaj jednak... – Starszy bliżej dziewczyn wpatrywał się teraz już tylko w jasnowłosą. Inni Starsi, a także wybrańcy patrzeli również na nią nieco zszokowani. Nikt nie podejrzewał, że to ona zostanie Najwyższą. Na zewnątrz zerwał się mocny wiatr, a jeden z podmuchów uderzył w okno, wywołując dosyć głośny hałas.&lt;br /&gt;– ...Jeżeli źle użyjesz życzenia, jeśli wypowiesz je tylko dla własnej korzyści... Zniszczy cię przy stosownej okazji. Tak było z każdym, kto źle go użył. Wszystko obróciło się przeciwko tej osobie! – przemawiał ciągle. Zielonooka prawie traciła przytomność przez rosnący z każdą sekundą ból, rozsadzający ją od środka. Ta  moc ją przytłaczała. Traciła oddech... A po sekundzie usłyszała tylko głos spanikowanej Sheeny, wołającej jej imię. Zaczęło jej ciemnieć przed oczyma. Zbierała w sobie siły, by uwolnić tą ogromną moc, przez którą tak cierpiała. Jednocześnie też myślała nad najlepszym życzeniem. Jęknęła. Czuła przerażenie innych wybrańców w swoim sercu... Jakby te uczucia były jej własnymi. Wzięła głęboki wdech, a przynajmniej próbowała. Zacisnęła mocno swe powieki. Mimo że miała zamknięte oczy, czuła, że po całym pomieszczeniu rozchodzi się ciepłe i przyjemne światło, chociaż bardzo ostre i rażące. Moc, powodującą ból w całym jej ciele, wypuszczała na zewnątrz... Uwalniała ją, a jej kolor był nieskazitelnie biały.&lt;br /&gt;– Chcę... – Zaczęła, jednak zabrakło jej oddechu, zaczerpnęła powietrza do płuc i wypowiedziała jednym tchem. – Chcę... Chcę aby całe proroctwo przestało istnieć! Żeby więcej takie cierpienie nie było zsyłane na nasz świat! Życzę sobie, by przez wieczność panował spokój i pokój! Bez żadnych wrogów! Bez przepowiedni! Bez tego!! – krzyknęła głosem godnym najbardziej przekonywującego przywódcy. A jasność po chwili znikła, gdy tymczasem ona straciła przytomność. &lt;br /&gt;– Sheeno... Zaprowadź ją do pokoju... Niech odpocznie. – powiedział elf z lekkim uśmiechem. – Rozejdźmy się. Powiadomimy was, gdy nadejdzie odpowiednia pora. Młode elfy rozeszły się do swych pokoi, by tam odpocząć lub porozmawiać. Starsi wtedy spojrzeli się po sobie.&lt;br /&gt;– Chodźmy zobaczyć. – powiedział jeden z nich. Cała trzynastka starszych elfów wyszła z pomieszczenia. Udali się następnie w dół po schodach. Było tam dosyć ciemno, dlatego też kilku z nich miało pochodnie. Nic nie mówili. Stąpali bezszelestnie po powierzchni stopni, a ich szafy ocierały się o ściany oraz schody. Dojście na sam dół zajęło im aż ponad pół godziny. Miejsce, do którego zeszli, musiało być bardzo głęboko położone. Przed nimi znajdowała się dosyć duża brama, po której bokach stały dwa olbrzymie posągi dziwnych postaci. Cała trzynastka powiedziała kilka słów w niezrozumiałym języku dla kogoś, prócz nich samych. Wzory wyrzeźbione na bramie zajaśniały. Wrota otworzyły się, ukazując ciemne wnętrze, w którego głębi coś jaśniało. Był to dosyć duży punkt, patrzeli właśnie w tym kierunku. Miranda przymknęła na chwilę swe niebieskie oczy, a  płomiennowłosy starszy wstrzymał powietrze w drogach oddechowych.&lt;br /&gt;– Oto teraz się dowiemy, czy Ostateczne Proroctwo się spełniło... Czy klątwa naszej rasy została zdjęta. – powiedział białowłosy elf. Trzynastka postaci weszła do środka pomieszczenia. Mimo że panował tu mrok, mdłe światło wystarczało im do dostrzeżenia otoczenia. Okrążyli wielki diament jaśniejący teraz jeszcze bardziej widoczną z bliska zielenią. Wpatrywali się w ów piękny klejnot.    &lt;br /&gt;– Zaczynajmy przyjaciele! – rzekł ten sam elf co uprzednio. Po tym poleceniu  Starsi skupili swoje umysły. Wyciągnęli w pewnym momencie ręce przed siebie, czyli dokładnie w stronę diamentu. Zaczęli przesyłać własne wspomnienia, dotyczące ostatniego zebrania do kamienia pośrodku. Większości pot wystąpił na czoła. Diament przez ten czas gwałtownie zmieniał kolory, aż... Stał się biały. Po tym już nie odmienił swej barwy.&lt;br /&gt;– Biel symbolizująca harmonię... – powiedziała cicho Miranda. Każdy z zebranych wiedział co to oznacza. Od tego właśnie momentu nastały wieczne czasy bez żadnych proroctw. Klątwa została złamana na zawsze i nigdy już nie powróci. Zarówno dzięki nowej Najwyższej Prorokini, jak i jej przyjaciołom. Teraz świat już nie będzie pogrążał się w ciemności. Nie będzie cofał w czasie, by zacząć wszystko od nowa. Czas będzie biegł bez przerwy na przód, nie zatrzymując się, ani nie cofając. &lt;br /&gt;Niebo odzyskało swój wygląd i przepełniający radością blask. Wieczne czasy spokoju nadeszły...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5934724136550603084-6374600169681367801?l=my-tales-and-poems.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/feeds/6374600169681367801/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2010/12/klatwa.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/6374600169681367801'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/6374600169681367801'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2010/12/klatwa.html' title='Klątwa'/><author><name>Raven_Uchiha</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05446459197591522178</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_Do6SjbdX36Y/TFheFyXak2I/AAAAAAAAAB4/e5SWC45gL5Q/S220/Raven+Uchiha+(huh).bmp'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5934724136550603084.post-8209350318092388762</id><published>2010-12-18T14:06:00.001+01:00</published><updated>2010-12-18T14:06:18.209+01:00</updated><title type='text'>Wiersze</title><content type='html'>&lt;b&gt;Cierpienie&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Życie bez Ciebie to udręka.&lt;br /&gt;To dla mnie męka...Męka.&lt;br /&gt;Tyle miłości było między nami,&lt;br /&gt;Ty odeszłaś - A mi teraz życie ucieka między palcami.&lt;br /&gt;Śmierć mym wybawieniem,&lt;br /&gt;A wypiwszy truciznę, rzucę się w bezkres morza z u szyi kamieniem.&lt;br /&gt;Jedynie w tym moja nadzieja,&lt;br /&gt;Na uniknięcie nad cierpieniami cierpienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chciałabym ciągle Twój głos słyszeć,&lt;br /&gt;Ale z głębin nie mogę już Twego imienia wykrzyczeć...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;hr&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Nocne istoty&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy za horyzontem słońce się chowa,&lt;br /&gt;To już o nocy zaczyna być mowa.&lt;br /&gt;Ludzie w swych domach się ukrywają,&lt;br /&gt;A oni już czegoś szukają.&lt;br /&gt;Ale czego? I ci Oni kim są?&lt;br /&gt;Czy to w płaszczu obszernym blada śmierć z w świetle połyskującą kosą?&lt;br /&gt;A może to sam diabeł zstępuje na ziemię naszą?&lt;br /&gt;Nie, to ci, dla których sącząca się krew jest paszą.&lt;br /&gt;To ci, co za dnia przed złocistymi strzałami uciekają,&lt;br /&gt;A po zmroku swe piękne ciała z kryjówki wystawiają.&lt;br /&gt;I balują całą ciemną noc,&lt;br /&gt;Spijając ze swych ofiar krwistoczerwonego płynu moc.&lt;br /&gt;Jedne niezwykłe, brutalne, potężne, piękne,&lt;br /&gt;A inne fascynujące mądre, szlachetne.&lt;br /&gt;Jednak wszystkie łączy jedna krwi żądza,&lt;br /&gt;Silniejsza niż ludzki pociąg do pieniądza.&lt;br /&gt;Tak... To wampiry o kłach ostrych,&lt;br /&gt;I oczach tak przerażających...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;hr&gt;&lt;br /&gt;&lt;b&gt;Pragnienia pocałunek&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jam jest nocy dziecię,&lt;br /&gt;Jam bestia w człowieka ciele,&lt;br /&gt;Ja kiedyś też złapię cię.&lt;br /&gt;A kiedy przy tobie już będę, ucichną ptaków trele.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zajdę od tyłu twoją postać.&lt;br /&gt;Stanę za tobą.&lt;br /&gt;Czy chcesz ode mnie pocałunek dostać?&lt;br /&gt;Ale potem nie będziesz już sobą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Istnieć już nie będziesz.&lt;br /&gt;Osuszon upadniesz na podłoże.&lt;br /&gt;I życia nigdy nie dosięgniesz.&lt;br /&gt;Bo twa dusza już ucieknie w ciemne nad nami morze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A ja tymczasem twą krwią ukojony,&lt;br /&gt;Usiądę na ziemi,&lt;br /&gt;I spojrzę w gwiazdy, godząc się z tym, że od życia jesteś wolny.&lt;br /&gt;A potem już tylko zniknę w różnych kształtach cieni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na następną noc znajdę kogoś innego,&lt;br /&gt;Życia pozbawię i jego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5934724136550603084-8209350318092388762?l=my-tales-and-poems.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/feeds/8209350318092388762/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2010/12/wiersze.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/8209350318092388762'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/8209350318092388762'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2010/12/wiersze.html' title='Wiersze'/><author><name>Raven_Uchiha</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05446459197591522178</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_Do6SjbdX36Y/TFheFyXak2I/AAAAAAAAAB4/e5SWC45gL5Q/S220/Raven+Uchiha+(huh).bmp'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5934724136550603084.post-1575659504405379230</id><published>2010-12-18T13:27:00.000+01:00</published><updated>2010-12-18T13:27:28.390+01:00</updated><title type='text'>Information.~</title><content type='html'>&lt;i&gt;A więc zdecydowałam się tego bloga "przenieść" z onetu na blogspot. Dlaczego? Tutaj lepiej tworzy mi się i pisze, poza tym będę miała pod ręką od razu kilka blogów, co mi ułatwi bardzo pracowanie z nimi.&lt;br /&gt;Ponadto przypomnę jeszcze, że na blogu będę umieszczać swoje krótkie opowiadania oraz wiersze.&lt;/i&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5934724136550603084-1575659504405379230?l=my-tales-and-poems.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/feeds/1575659504405379230/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2010/12/information.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/1575659504405379230'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5934724136550603084/posts/default/1575659504405379230'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://my-tales-and-poems.blogspot.com/2010/12/information.html' title='Information.~'/><author><name>Raven_Uchiha</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05446459197591522178</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_Do6SjbdX36Y/TFheFyXak2I/AAAAAAAAAB4/e5SWC45gL5Q/S220/Raven+Uchiha+(huh).bmp'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
